Fragment
– Nigdy więcej alkoholu – powiedziałam surowo do siebie i postanowiłam wybadać okolicę. Skoro słychać ludzi, to z pewnością użyczą mi telefonu. Mój został w torebce, a torebka pewnie w limuzynie. Zadzwonię, po kogo trzeba, ochłonę i zacznę przygotowania do imprezy weselnej. W końcu jako główna druhna miałam swoje obowiązki.
Drzwi zaskrzypiały ostrzegawczo, jakby zaraz miały wypaść z zawiasów. Zmrużyłam oczy, bo słoneczko nieźle dawało i dopiero po chwili udało mi się dostrzec szczegóły najbliższej okolicy. Patrzyłam w milczeniu i powoli włos jeżył się na mojej głowie…
Trzy drewniane chałupy, do połowy zakopane w ziemi. Z jednej uchodził dym przez coś w rodzaju komina. Zero okien. Błoto na podwórzu, za płotem gęsty las, nierogacizna pętająca się po całej okolicy. No i ludzie, oby to szlag trafił! Dwie kobiety, jeden mężczyzna, cała gromadka brudnych, zasmarkanych dzieciaków. Widok rodem ze średniowiecza. Z niesmakiem pomyślałam, że wylądowałam w jakimś skansenie, chociaż szczerze mówiąc, to skanseny wyglądały dużo lepiej. Czyściej. Przynajmniej te, które dotychczas udało mi się zobaczyć.
– Hej, hej! – pomachałam do stojących w półkolu ludzi, którzy żywo o czymś dyskutowali. – Przepraszam państwa, ale chyba zbłądziłam.
Raźnym krokiem ruszyłam w ich kierunku. Przystopowało mnie dopiero w połowie drogi, bo wyglądali, jakby zobaczyli samego Belzebuba. Przerażenie w ich oczach, usta otwarte jak do krzyku, ale niewydające żadnego dźwięku, trwoga wykrzywiająca twarze. Po czym z głośnym rykiem zaczęli uciekać.
– Jasna cholera! – zaklęłam. Pomacałam się głowie, potem po twarzy. Nic. Wszystko wydawało się normalne. Zerknęłam na ubranie, czyli maksymalnie seksowną, minimalistyczną, srebrzystą sukienkę. Też nic. Co to wszystko miało znaczyć?!
– Ludzie, stójcie! – wrzasnęłam ponownie, zgrabnie omijając krowi placek na swojej drodze. – Pomocy potrzebuję! Telefonu!
Ostatnie dziecko zniknęło w gęstwinie lasu. Zostałam sama na środku błotnego podwórza, otoczona przez kaczki, gęsi, kury i coś tam jeszcze. Przy czym zwierzyna najwyraźniej miała w nosie mój wygląd i obecność.
– Co za pech – mruknęłam poirytowana, po czym nagle mnie olśniło. Skoro buty leżały obok, to może i torebka się gdzieś zawieruszyła? Szybko wróciłam do wnętrza stodoły i po chwili triumfalnie wygrzebałam z siana niewielką kopertówkę. Ma się to szczęście, pomyślałam, siadając na płaskim, nagrzanym słońcem głazie. Wygrzebałam telefon i tu spotkała mnie kolejna przykra niespodzianka. Brak sieci. Kompletnie nic. Nawet numery alarmowe szlag trafił. Zaklęłam pod nosem, a potem wyjęłam małą, podręczną puderniczkę. Przyjrzałam się podejrzliwie swemu obliczu, bo mieszkańcy dziwnej zagrody nadal nie wrócili, ale oprócz rozmazanego tuszu do rzęs i barwnej smugi na lewym policzku po szmince, nie dostrzegłam nic niepokojącego. No dobrze, ta szminka nadawała mi trochę wygląd wampira po przepiciu, ale bez przesady. Na taką panikę z pewnością nie zasługiwała.
– Trzeba będzie ruszyć dupsko, wybrać którąś stronę świata i poszukać cywilizacji – wymamrotałam posępnie.
Poczekałam jeszcze kwadrans, potem drugi i trzeci. Między czasie poprawiłam makijaż, odświeżyłam oddech za pomocą gumy do żucia i pożałowałam, że nie zabrałam ze sobą plecaka z wałówką, a tylko skromną torebeczkę. Mieszkańcy nadal nie wrócili. Co było robić? Wstałam, otrzepałam pupę i ponuro spojrzałam na świecące wesoło słoneczko.
– Entliczek pętliczek, zielony guziczek. Na kogo wypadnie, na tego bęc!
Wypadło na moją prawą stronę. I dobrze, bo tam las nie był taki gęsty. Zresztą, dziwne było, że do zagrody nie prowadziła żadna droga, chociażby gruntowa, zarośnięta. Zanim zanurzyłam się w nieznanym lesie, obeszłam jeszcze wszystko dookoła. Dopiero wtedy za stodołą, dostrzegłam dość szeroką ścieżkę. Samochód by nie przejechał, ale dwóch rowerzystów obok siebie już tak. Postanowiłam olać wyliczankę i pójść dróżką. Gdzieś mnie w końcu zaprowadzi. Zanim jednak zdążyłam to zrobić, wyraźnie usłyszałam tętent końskich kopyt.
– No, w końcu! – krzyknęłam uradowana. Trzeba przyznać, że przez całe życie samotność nie doskwierała mi tak bardzo, jak w przeciągu ostatniej godziny.
Oparłam się o sterczący z ziemi, nadłamany pal, przybierając wdzięczny wyraz twarzy. Oczywiście wolałbym warkot samochodu, ale dobry i koń. Od biedy umiałam jeździć, więc może podrzucą mnie gdzieś w jakieś cywilizowane okolice? Niechby do najbliższego spożywczaka, albo kościoła. Tych pierwszych i tych drugich, akurat ci u nas pod dostatkiem.
Z lasu na polanę, na której stały chaty i stodoła, wypadło kilku konnych. Zatrzymali się, po czym zaczęli zachłannie na mnie gapić. Ja na nich również. Konie jak konie, ale jeźdźcy stylizowani byli na wczesne średniowiecze, a poza tym kilku z nich dobyło broni. Miecze, topory i łuki skierowano niewątpliwie w moją stronę. A ja zamarłam osłupiała, wybałuszając oczy.
– Przepraszam, że przerywam zabawę w rycerzy i wieśniaków – odezwałam się w końcu, bo coś należało powiedzieć. – Ale zgubiłam w nocy drogę i…
– Wysłanniczko diabła! – Rosły młodzian na równie dorodnym koniu potrząsnął złocistą czupryną, groźnie marszcząc czoło. – Zwyciężymy cię szatanie, władco piekła!
– Mam na imię Lena. I przestańcie się wygłupiać – zdenerwowałam się. Co za nawiedzony palant! Ja mu dam władcę piekła! Jak przyłożę w ten zakuty łeb, to ujrzy gwiazdy w biały dzień.
– Czarownica! – krzyknął któryś z tyłu. – Zabić ją!
Nie powiem, wiarygodni byli, ale jakoś te ich wygłupy nie przypadły mi do gustu.
– Zobaczymy kto kogo – mruknęłam, na wszelki wypadek rozglądając się za możliwą bronią. Od ponad dziesięciu lat trenowałam krav mag, który z założenia był systemem walki opracowanym dla sił obronnych Izraela. Stanowił on niezwykle udaną hybrydę boksu tajskiego, judo, brazylijskiego jiu–jitsu, aikido i zapasów. Baba byłam agresywna i zawzięta, więc dosyć szybko doszłam do brązowego pasa. Poza tym od przedszkola uczęszczałam na karate, tatuś z uporem maniaka prowadzał mnie na strzelnicę, a brat przekonał do skoków spadochronowych. Słowem, rzeczy ekstremalne stanowiły sens mej egzystencji. Przynajmniej do momentu, gdy umówiłam się na randkę z wymarzonym mężczyzną i w jego obronie obiłam mordy kilku typom spod ciemnej gwiazdy. Ukochany się spłoszył, zrywając kontakt, a ja popadłam w przygnębienie. Ta cała emancypacja to mi nosem wyszła.
– Nie, lepiej ją pojmać. – Na czoło jeźdźców wysunął się blady mężczyzna o anemicznym wyglądzie i minie zbitego psa. – Może coś wie o zaginionej królowej. Skujemy ją i doprowadzimy przed oblicze władcy. On zadecyduje.
– Ja bym tę parchatą czarownicę ukatrupił na miejscu – mruknął złotowłosy młodzian, który przed chwilą bredził to o szatanie i piekle. Mierzył mnie przy tym wysoce nieprzyjaznym spojrzeniem. Odwdzięczyłam mu się, wytykając język i prostując środkowy palec prawej ręki w powszechnie znanym geście. Buc jeden! Parchata czarownica? Parchata?!
– Skuwać mnie nie musicie, pójdę sama – oświadczyłam z godnością. Aż się wzdrygnęli ze strachem. Pewnie lepszego efektu nie osiągnęłabym, ziejąc ogniem z pyska i lewitując nad koronami drzew. A swoją drogą, za aktorstwo to bym im przyznała Oscara. – Potrzebuję konia i pomocy, aby go dosiąść. Akurat w te klocki nie jestem najlepsza – wyjaśniłam, szeroko się uśmiechając.
– Lancelocie! – Anemik skinął dłonią na blond gburka. – Czy podejmiesz się tego niebezpiecznego zadania?
– Oczywiście! – Blond gburek od razu poweselał, ale ja nie byłam zachwycona.
– Nie pojadę sama? – spytałam z pretensją.
– Nie mamy zapasowego rumaka. Sir Lancelot będzie cię pilnował, abyś nie uciekła i dotarła przed oblicze króla.
– Sir Lancelot? – Z powątpiewaniem patrzyłam na chłopaka, który podjechał bliżej i właśnie szykował coś w rodzaju grubego, solidnie wyglądającego sznura. – A ty to kto? Może do kompletu sir Galahad?
– Sir Girflet! Ona cię obraża! Może jednak…
– Nie! – Jedno stanowcze słowo ukróciło zapędy gburka. – Ma stanąć przed królem.
Ten, który szumnie tytułował się sir Lancelotem, zeskoczył z konia, po czym ostrożnie się do mnie zbliżył. Robił przy tym groźne miny, wymachiwał mieczem i w ogóle wyglądał przezabawnie. Poza tym pomyślałam z melancholią, że śliczny z niego chłopak, postawny, kolorystycznie wyrazisty, a buźkę miał taką, jakby mu ją rzeźbił sam Michał Anioł.
– Mam się dać związać? – spytałam domyślnie. Potem wzruszyłam ramionami. Nie będę temu gronu nawiedzonych szaleńców psuć zabawy. – To dawaj, wiąż! – Wyciągnęłam przed siebie złączone dłonie, co skrzętnie wykorzystał. Kilka minut później siedziałam na koniu, opleciona tym grubym powrozem jak świąteczna paczka, z kwaśną miną zastanawiając się, dlaczego nie trafiłam na kogoś normalnego. Co za pech! W końcu ruszyliśmy, na razie stępem, bo gęsty las nieco utrudniał rozwinięcie większej prędkości. Zaciekawiona wykręciłam głowę i spojrzałam przez ramię na siedzącego za mną gburka. Gapił się na moje prawie całkiem gołe nogi, bo sukienka podwinęła się, odsłaniając zbyt wiele. Gapił się i gapił, wybałuszając oczy i groźnie marszcząc brwi, a ja byłam coraz bardziej rozbawiona. W dodatku poczułam, jak jego ramię ściska mnie w pasie coraz bardziej kurczowo. Byłabym ostatnią kretynką, gdybym nie zorientowała się, co mu krąży po głowie. I złośliwie pomyślałam, że teraz się odwdzięczę za tę parchatą czarownicę. Dużej swobody ruchów nie miałam, ale zaczęłam odrobinę się wiercić, kręcąc tyłeczkiem i ocierając się o jego krocze i uda. Zauważyłam, że z taką siłą zacisnął palce na uździe, aż pobielały kłykcie. W pewnym momencie ze świstem wciągnął powietrze, a w końcu nie wytrzymał i jedna z jego dłoni wylądowała na moim udzie.
– Czarownica! – syknął przy tym wściekłym szeptem. – Przeklęta czarownica!
– Nie przesadzaj. To ty mnie obmacujesz.
– Chcesz mnie zwieść na manowce? Niedoczekanie twoje! – Z wyraźnym trudem oderwał rękę od rozpalonej skóry.
Wyjechaliśmy z lasu i konie od razu przeszły w kłus. Trochę ciężko było uwodzić gburka w takiej sytuacji, więc odpuściłam, resztę zemsty odkładając na później. Za to z ciekawością rozglądałam się dookoła. Nagie pagórki, wszechobecna zieleń, po prawej las, po lewej las, za nami las, w oddali na horyzoncie las… Gdzie ja do cholery jestem? Po raz pierwszy poczułam wyraźny, trudny do określenia niepokój. Coś mi strasznie nie pasowało w tym wszystkim.

