Fragment
– Cholera! – zaklął mężczyzna, usiłując wydostać się z leżącego na prawym boku samochodu. Miał problem z odpięciem pasa, ale udało mu się wyjąć zza cholewy buta nóż i po prostu go przeciąć. Potem wygramolił się na zewnątrz i dygocząc w chłodzie zimowego poranka, drżącymi dłońmi wyłuskał z kieszeni paczkę papierosów. Zaciągając się dymem, powoli uspokajał rozedrgane nerwy, jednocześnie szacując straty.
Z całej ich trójki tylko on miał zapięty pas. Pozostali zlekceważyli ostrzeżenie, że droga jest ślizga i mogą mieć kłopoty. Teraz jeden z jego wspólników leżał kilka metrów dalej, z roztrzaskaną głową, a drugi zwisał na krawędzi rozbitego okna. Nawet do nich nie podszedł, bo nie wierzył, że któryś mógłby przeżyć.
– Kurwa jego mać! – zaklął po raz drugi. Co prawda cały łup należał teraz tylko do niego, ale jakoś ta myśl wydawała się w obecnych warunkach mało pocieszająca. Przetarł dłońmi zakrwawioną twarz i dopiero wtedy spostrzegł, że od strony miasta nadjeżdża radiowóz. Wysyczał kolejne niecenzuralne słowo, a potem postarał się przybrać oszołomiony i bezradny wyraz twarzy. Na jego szczęście, policjant, chociaż zwykle jeździli parami, teraz był sam. Wysiadł i nie spodziewając się niczego złego, w pośpiechu ruszył na ratunek zdezorientowanej ofierze wypadku, za jaką wziął zakrwawionego mężczyznę w poszarpanym ubraniu. Nie zauważył błysku w ciemnych oczach nieznajomego, ani też tego, że jego prawa ręka powędrowała za plecy. A kiedy rozległ się huk wystrzału, było już za późno. Z przestrzeloną głową, ze zdumieniem na piegowatej twarzy, osunął się na ziemię. Wtedy jego morderca podszedł bliżej i dla pewności władował w bezwładne ciało połowę magazynku.
– Sorry młody – mruknął. – Znalazłeś się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie.
Rozejrzał się czujnie dookoła, lecz na pustej drodze nie pojawił się żaden inny zbłąkany kierowca, a wśród ośnieżonych drzew, żaden niepożądany świadek tego wydarzenia. Zatknął broń za pasek spodni, a potem kucnął, odwracając ciało martwego policjanta. Patrzył teraz prosto w jego oczy, w pustkę, której nie wypełniało nawet ulotne tchnienie życia. Nie zrobiło to na nim wrażenia. Wstał, otrzepał spodnie i zapalił kolejnego papierosa. Jego myśli galopowały jak szalone, bo tak naprawdę w każdej chwili mógł się znów ktoś pojawić. W końcu sięgnął po grubą, zimową kurtkę, która leżała na tylnym siedzeniu radiowozu i wrócił do własnego auta. Z bagażnika wyjął sporych rozmiarów, mocno wypchaną, czarną torbę, ze schowka drugi pistolet i papierową mapę. Nie do końca ufał tej całej elektronice i wolał się zabezpieczyć w tradycyjny sposób. I słusznie, bo zabranie ze sobą któregokolwiek z telefonów mogłoby się okazać fatalną pomyłką. Rzucił niedopałek w śnieg, po czym chrząknął, splunął krwią i ruszył przed siebie. W głąb lasu. W stronę, gdzie dwadzieścia kilometrów dalej przebiegała niewidzialna nitka granicy. Nie był pewien, czy da radę tam dotrzeć. Po pierwsze, niezupełnie wyszedł bez szwanku z wypadku. Lewy bok miał nieźle poharatany, być może złamał też kilka żeber. Po drugie, zaczął padać śnieg. Gęstymi płatami wirował w powietrzu, majestatycznie opadał na zmarzniętą ziemię. Coraz szybciej i szybciej. W końcu zamienił się w białą kurtynę, która przykryła cały świat dookoła, nie pozwalając odnaleźć żadnego punktu orientacyjnego.
Co po chwila ocierał twarz, przystając i rozglądając się wokół. Niby szedł prosto, ale w narastającej zawierusze, nic nie było pewne. Nie podobało mu się to, cholernie nie podobało.
Dziś rano wraz z dwoma wspólnikami dokonał skoku stulecia. Plan był prosty. W jednej z placówek największego banku w kraju podali się za konwojentów i pobrali z sortowni ponad dziewięć milionów. Potem skierowali się ku granicy, gdzie czekał na nich umówiony człowiek, który miał przeprowadzić na tereny sąsiedniej Ukrainy. Wszystko szło gładko, aż do momentu, gdy na peryferiach miasta zatrzymała ich drogówka. Nie mieli wyjścia. A w zasadzie to on nie miał. Po rozprawieniu się z dwójką żółtodziobów w niebieskich mundurach ruszyli ku granicy, gnając wręcz na złamanie karku. Nie skończyło się to dobrze. Jego wspólnicy zginęli, a on był zmuszony zabić jeszcze jednego człowieka i pójść dalej pieszo, wierząc, iż uda mu się minąć niepostrzeżenie granicę. W taką zawieruchę nie powinno być to trudne. Skrzywił się, a później przystanął i poprawił kaptur. Zima chyba postanowiła pokazać, że w tym roku nie skończy się na łagodnym mrozie w okolicach zera stopni. Wiało, padało i panował przejmujący ziąb. Artur skulił się, bo na nogach wciąż miał cienkie, jesienne buty. Ale nie poddał. Nigdy nie należał do osób, które się poddają. Z torby, w której niósł łup, wyjął gruby sweter, którym obwiązał głowę, aby chociaż zminimalizować skutki wyziębienia.
Na ścieżkę bezprawia wkroczył, gdy pewnego wieczoru zatłukł kijem wiecznie pijanego i bluzgającego jadem ojca. Był niepełnoletni, trafił więc do poprawczaka. Gdy tylko odzyskał wolność, przyłączył się do pewnej grupy wyłudzającej haracze. Sam nie wiedział, czy od tego momentu więcej czasu spędził w więzieniu, czy na wolności. W końcu uznał, że nie ma dla niego miejsca w tym kraju. Lecz nie chciał uciekać jak szczur, ukradkiem, z pustym portfelem. Zaplanował napad, znalazł dwóch chętnych wspólników i prawie udało mu się go zrealizować.
– A mówiłem głupkom, żeby zapieli pasy! – warknął, przedzierając się przez gęste zarośla. Cóż, trudno. Całe dziewięć baniek dla niego. Musi tylko zrobić jeszcze jedno.
Uciec.
Przystanął, oparł się o szorstki pień drzewa i spróbował wyregulować oddech. Cała lewa strona jego ciała promieniowała bólem. Odchylił lekko połę kurtki. Koszula pod spodem zabarwiła się na karminowo. Jednak nie miał wyjścia. Musiał kontynuować ucieczkę, mając nadzieję, że nie wykrwawi się, zanim dotrze do ludzkich siedzib. Wyprostował się i znów ruszył przed siebie. Mozolnie, z coraz większym trudem torował sobie drogę wśród zasp. Nie zwracał uwagi na otaczające go surowe piękno, na ciszę, wyrazistą aż do bólu, na zapadający zmrok. Brnął do przodu, wiedząc, że noc spędzona na tym pustkowiu, będzie jednocześnie jego ostatnią nocą. Chociaż to nie w jego stylu, to czuł kiełkujący strach. Emocje falami zalewały odrętwiały umysł, emocje, o których sądził, że już nigdy się nie pojawią. Wywoływały panikę. Coraz częściej się potykał, coraz częściej przystawał, aby złapać oddech.
W końcu po raz pierwszy upadł na kolana.
Zaklął, lecz tym razem przekleństwo nie przyniosło ulgi. Było jedynie stratą cennej energii. Złudnym sposobem na zachowanie kontroli nad sytuacją. Wstał, a po chwili upadł po raz drugi. Biel śniegu zabarwiła się na karminowo. Ciszę rozdarł syk pełen bólu i wściekłości. Artur zdał sobie sprawę, że tym razem naprawę może ponieść klęskę.
***
– Do zobaczenia! – pomachała ręką w kierunku przyjaciółki, która przed chwilą obdarowała ją ogromną paczką korzennych ciasteczek. Wychodząc z cukierni, z przyjemnością wsłuchała się w delikatny dźwięk dzwoneczka, zawieszonego tuż nad drzwiami. Zanim dotarła do komisariatu, zdążyła spróbować podarowanych pyszności. Ze smakiem schrupała kilka sztuk, potem spojrzała w niebo, na którym zawisły ciężkie, ołowiane chmury.
– Będzie padać śnieg – zakomunikowała, wchodząc do pełnego ciepła i zapachów pomieszczenia. Miejscowość nie była wielka, więc i komisariat nie grzeszył rozmiarami. Trzy pomieszczenia, plus niewielki aneks kuchenny, malutka łazienka i oczywiście miejsce, gdzie można było przetrzymywać aresztowanych.
Podeszła do swojego biurka, ale nie zdjęła kurtki. Pół godziny temu skończyła pracę i właśnie zamierzała wrócić do domu.
– To dobrze – roześmiał się jej kolega. Maciej miał bujną rudą czuprynę, najbardziej niebieskie oczy pod słońcem i uwielbiał się śmiać. – Piotrkowi nawaliło auto. Prosił, abym po niego podjechał.
– Jak chcesz – wzruszyła ramionami. Tutaj, na tym odludziu i w dodatku tuż przed świętami, nie trzymali się tak sztywno regulaminu. – Ja wracam do domu.
– I co? Wolne?
– Dwa dni! – Teraz to ona wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Będę się objadać łakociami i leniuchować przy kominku. Babcia oczywiście zmusi mnie do picia gorącej herbaty z miodem i malinami, a dziadek postara się wyciągnąć na spacer.
– A ojciec? – spytał ostrożnie Maciej. I słusznie, bo twarz dziewczyny błyskawicznie stężała.
– Obiecał, że się pojawi – odparła krótko, grymasem ust dając znać, że dla niej ten temat jest skończony.
– Z tego co wiem, specjalnie wziął wolne.
– Super. – W jej głosie pobrzmiewał arktyczny chłód. – Jedź, zanim wróci Adam. Będzie kręcił nosem, że Piotrka jeszcze nie ma.
– A…
– Zaczekam na niego – odparła wspaniałomyślnie. – No jedź! Masz pół godziny, potem znikam, bez względu na to, czy któryś z was się pojawi, czy nie.
– Jesteś kochana. – Cmoknął ją z uczuciem w policzek. – Zapraszamy z Roksaną na grzane wino w pierwszy dzień świąt.
– Pewnie przyjdę, bo łatwiej zrezygnować z nektaru i ambrozji, niż z grzanego wina produkcji twojej dziewczyny – zażartowała. Maciek w pośpiechu chwycił kurtkę i już go nie było. Usiadła wygodnie, gapiąc się na szybę, za którą widać było wirujące płatki śniegu. Poczuła radość. Dawno nie było prawdziwie białych świąt. Może w tym roku dopisze im szczęście? Oby. Zerknęła na zegarek. Minął kwadrans. Sumiennie zaczekała jeszcze drugi, po czym wywołała Maćka.
Nic. Zero odzewu. Gdzieś w głębi duszy poczuła nieuzasadniony niepokój. Bo niby co mogło się mu stać? Pewnie stoi pod płotem, paląc papierosa i czekając na Piotrka. Ten drugi należał do nałogowych spóźniaczy. Pokiwała głową, a potem wstała. Szybko nabazgrała kilka słów na kartce, później wyszła, nie zapominając oczywiście o puszcze z ciastkami.
Wsiadła do nieco odrapanego samochodu, który sprawiał mylne wrażenie totalnego złomu. W rzeczywistości świetnie się spisywał na tutejszych drogach. Radio nie działało, ale z kieszeni spodni wyłuskała pendriva i po chwili niewielką przestrzeń wypełniły dźwięki ulubionej muzyki. Nie spieszyła się. Nucąc pod nosem rytmiczny kawałek, skręciła na drogę do domu. Nie zauważyła, że wyciszona komórka zaczęła wibrować. Zajęta była podziwianiem wirujących płatków śniegu. Z prawdziwym żalem uruchomiła wycieraczkę, rozmyślając o tym, jak cudownie zapowiadały się te święta.
Jedną rysą na szkle był jej ojciec. I jednocześnie przełożony. Poszła do szkoły policyjnej, bo prawie od zawsze chciała iść w jego ślady. A kiedy pięć lat temu umarła jej matka, zacięła się w swoim uporze, mimo że tak bardzo negował podjętą przez nią decyzję.
Nie przekonał jej. W zamian za to wziął pod swoje skrzydła. Miał tylko jedno dziecko i chociaż często nie umiał okazać swoich uczuć, to dbanie o nią miał też zapisane w genach. Justyna uśmiechnęła się pod nosem. Ojciec nie był aż tak nieprzenikniony, jak myślał. Z drugiej strony, wiele spraw wytłumaczyli jej dziadkowie.
Z miarę wygodnej, asfaltowej drogi, skręciła w prawo. Tutaj warunki jazdy były dużo gorsze, ale pokiereszowane autko poradziło sobie, z głośnym rykiem silnika przedzierając się poprzez tworzące się zaspy. Justyna z niepokojem pomyślała, że chyba będzie musiała zawezwać pług śnieżny, bo inaczej po całej nocy tak intensywnych opadów, będą odcięci od świata. Samochodem gwałtownie zarzuciło na prawo i tylko refleks, jakim wykazała się dziewczyna, pozwolił na opanowanie sytuacji. Na szczęście zauważyła już kontury domu i złocisty blask, palącego się w salonie światła. Ostrożnie wjechała na podwórko, zaparkowała pod niewielką wiatą, a później chwyciwszy puszkę z ciasteczkami, raźnym krokiem ruszyła do domu. Oczywiście drzwi były otwarte. Pokręciła z dezaprobatą głową, bo wciąż napominała dziadków, aby pamiętali o ich zamykaniu. Jak widać na próżno. Strzepnęła z kurtki biały puch, zmieniła wysokie śniegowce na ciepłe bambosze, ozdobione śmieszną mordką jakiegoś zwierzaka, a jednocześnie wsłuchiwała się w szmer głosów, dochodzących z kuchni. W zasadzie to słyszała jedynie monolog babci, opowiadającej, jakie to kiedyś bywały zimy i po tym poznała, że mają gościa.
– Cześć – powiedziała, szeroko się uśmiechając, gdy weszła do ciepłego pomieszczenia, oświetlonego dużą lampą i blaskiem bijącym z kominka. Znajdował się tam jednocześnie salon, kuchnia i jadalnia, z wyjściem na werandę, które teraz zastawione było ogromną choinkę.
– Justynka! – ucieszyła się starsza pani. – Mówiłam, że za chwilę powinnaś wrócić.
– Drogi zrobiły się trochę nieprzejezdne – odpowiedziała, przyglądając się dyskretnie nieznajomemu siedzącemu przy okrągłym stole i zajadającemu domowe specjały jej babci. Zafascynował ją od pierwszego spojrzenia. Szczupła twarz, wysokie kości policzkowe, wąski nos, ciemne, prawie czarne oczy, a nad nimi stanowczo zarysowane brwi. Oliwkowy odcień skóry, mimo że to był środek srogiej zimy. Włosy też czarne, lekko przyprószone siwizną na skroniach. Delikatny ślad zarostu. Więcej niż przystojny. Szczerze mówiąc, nie spodziewała się, że zastanie kogoś takiego po powrocie do domu.
– No właśnie – zatroskała się starsza pani, podczas gdy jej mąż niewzruszenie czytał gazetę. Zawsze to robił późnym popołudniem. Właściwie jak daleko sięgała pamięcią, to dziadek wierny był swemu rytuałowi. Gazeta i kawa zaraz po obiedzie. Pół godziny tylko dla niego. Justyna uśmiechnęła się lekko, a potem zajęła miejsce przy stole, tuż naprzeciwko gościa, odwzajemniając jego ciekawskie spojrzenie.
– Kłopoty z autem. Zabłądziłem, zabrakło mi paliwa, więc ruszyłem przed siebie – powiedział, sięgając po kubek z kawą. – I dobrze trafiłem – dodał ze śmiechem.
– Nawet nie wiesz, jak dobrze. To straszne pustkowie. Najbliższe miasteczko jest ponad trzydzieści kilometrów stąd. – Ona również poczęstowała się kawą. Głównie po to, aby ukryć zmieszanie, jakie poczuła, gdy usłyszała głęboki tembr jego głosu. – Stąd bliżej do granicy.
– Tak? – zainteresował się łagodnie. – Czy mogę prosić o jeszcze jeden kawałek placka? Nigdy nie jadłem czegoś tak pysznego!
– Ależ proszę! – Starsza pani zerwała się uradowana, że ktoś docenił w końcu jej talenty kulinarne.
– Jakieś osiem kilometrów na azymut. Drogą trochę więcej. Mam ciasteczka od Emilki – przypomniała sobie nagle, zrywając się z miejsca. Z triumfem postawiła ogromną puchę na stole. – Częstujcie się!
– Bardzo przepraszam, ale chyba najpierw powinienem się przedstawić. – Wstał, usiłując ukryć nagłe zakłopotanie. – Robert.
– Justyna. – Z przyjemnością uścisnęła jego dłoń. Silną, pewną siebie.
– Jesteś policjantką?
– Tak. Tradycja rodzinna – zażartowała. – Zaraz sprawdzę, czy dzwonił ojciec. W końcu miał przyjechać dziś czy jutro rano? – spojrzała pytająco na babcię.
– No widzisz, całkiem zapomniałam. Będzie jutro. Podobno coś się wydarzyło, ale nie bardzo chciał mówić co. Zadzwonił tylko i kazał nam zamknąć dokładnie wszystkie okna i drzwi.
– Co oczywiście zrobiliście? – spytała z ironią jej wnuczka.
– Mieliśmy taki zamiar, ale wtedy pojawił się Robert. Później ty.
– Znam ja te wymówki – Justyna spojrzała na zakłopotaną babcię z udawaną surowością. – Już to zrobiłam. Na dodatek chyba padła sieć, bo nie ma nawet możliwości skontaktowania się z numerami alarmowymi. Kiedyś już tak było. Latem, po groźnej nawałnicy, pamiętasz?
– Pamiętam. Ale w takim razie co… – spojrzała na siedzącego w milczeniu Roberta, który również wyglądał na speszonego.
– Chciałem poprosić, abyście zadzwonili po pomoc, ewentualnie podwieźli mnie na najbliższy, czynny przystanek – wyjaśnił niechętnie. – Po drodze zgubiłem telefon. Pewnie wypadł mi z kieszeni. Teraz już sam nie wiem, co mam zrobić?
– Przenocować – powiedziała lekkim tonem Justyna. – Jest przygotowana sypialnia dla mego ojca, ale skoro zjawi się dopiero jutro, można ją wykorzystać.
– I co potem? Jeśli pogoda się nie poprawi?
– Nie będziemy martwić się na zapas. – To dziwne, ale poczuła się nieoczekiwanie rozradowana. W tym roku los naprawdę postarał się, aby umilić jej święta. Najpierw wątły pakt o nieagresji z własnym rodzicem. Później śnieg, a właściwie to śnieżyca. A na samym końcu niespodziewany gość, przystojny, seksowny, męski aż do bólu. Kiedy na niego zerkała, czuła dziwne mrowienie w podbrzuszu, radość buzującą w całym ciele, nadzieję na coś nieoczekiwanego. Spojrzała w dół, na swój służbowy mundurek. Że też akurat dziś nie zdążyła się przebrać! Trudno, zostawi ich na chwilę i włoży na siebie coś ciekawszego. Na razie Robert wyglądał jedynie na życzliwie zainteresowanego, ale Justyna postanowiła to zmienić. Beształa się w duchu za złudną nadzieję, lecz nic nie mogła na to poradzić.

