Fragment
Małżeństwo miało przypieczętować sojusz. Było doskonale przemyślanym układem politycznym, w obliczu korzyści którego, nie liczyły się nawet uczucia dwojga przeznaczonych sobie ludzi. Zresztą, wiedzieli oni o swym losie już od kołyski. Taki był zwyczaj i nikt się z nim nie kłócił, nikt nie starał się go zmienić. Królewskie rody rządziły się własnymi prawami, jakkolwiek brutalne by one się nie wydawały.
Stolica Lacetonii była potężnym, rozległym miastem. Wieże zamku pięły się w górę, a ich czubki znikały w gęstych chmurach. Za zamkiem rozciągał się nieprzebyty ocean, a u jego podnóża płynęła wzburzona rzeka, oddzielająca twierdzę do zabudowań miejskich. Lecz nic tu nie było dziełem przypadku, wszystko starannie rozplanowano, każdy detal rozmieszczenia budynków i ich murów. Jedynie wnętrze raziło pewną kiczowatością, bowiem ostatnie władczynie miewały dość kiepski gust oraz żywiły nieopanowaną miłość do różnego rodzaju bibelotów i ozdób pochodzących z zamorskich krain. Władców zaś bardziej zajmowały wyprawy wojenne i rządzenie niż szczegóły urządzania zamkowych komnat.
Na jednej z wież w okiennym wykuszu siedziała dziewczyna. Uciekła tu, by choć przez chwilę odetchnąć od nałożonych na nią obowiązków. Też pochodziła ze szlacheckiego rodu, ale od dawna nikt się tym szlachectwem nie przejmował. Konkretnie od dnia, gdy pradziadek przehulał w karczmie resztę rodzinnego majątku. Teraz to ona i jej siostry płaciły za rozrzutność przodków. Każda z nich ciężko pracowała na swe utrzymanie. Jedna z nich, Livia, często myślała z przekąsem, że słowo „ciężko” nie było eufemizmem. Posłała ostatnie, tęskne spojrzenie dalekiemu światu, po czym pośpieszyła do komnat księżniczki.
Wielkimi krokami zbliżał się długo oczekiwany dzień. Wesele i ślub. Sojusz. Nawet odrobinę zazdrościła pannie młodej, bo narzeczony, kiedy przybył z wizytą, wydał się wszystkim niezwykle przystojny i szarmancki. Legendy głosiły też, że był niezwykle waleczny. Same zalety, niewiele wad. Uśmiechnęła się pod nosem. Cóż, służba o jednej wiedziała na pewno. Pan książę nie pozostał obojętny na uroki pewnej panny pokojowej i podczas pobytu tutaj spędził wiele miłych chwil w jej towarzystwie. Oczywiście sowicie ją za to wynagradzając. Wiążąc tasiemki fartucha, Livia myślała, że nie był tak zupełnie bez skazy. Zresztą, to nie była jej sprawa.
Z westchnieniem przystąpiła do wypełniania swych obowiązków, czyli czyszczenia ogromnych arrasów, na których przedstawiono bohaterskie czyny członków królewskiego rodu. Nawet weszła za jeden z nich, znajdując za grubą, ciężką tkaniną niewielką wnękę. Zanim zdążyła się zastanowić, co robi, usiadła na kamiennej ławce i zamarła.
Do pomieszczenia, które pełniło też często rolę królewskiej komnaty narad, weszło kilka osób. Wzburzony głos władcy przeplatał się z innymi, wśród których Livia poznała jeszcze dwóch doradców, trzech ministrów i bardzo zasmucony głos królowej.
– Jak to przysłał żądanie? Przecież już od wieków nie dawał znaku życia! – mówiła władczyni. – I dlaczego akurat nasza córka?
– Dawał, moja droga, dawał. Ale zazwyczaj żądał niewolników, kamieni szlachetnych, czasem broni.
– Nic nie mówiłeś.
– Nie chciałem cię martwić.
– I widzisz, do czego to doprowadziło – wytknęła mu, podczas gdy cała reszta zachowała milczenie pełne zadumy. Za to Livia siedziała jak przysłowiowa mysz pod miotłą. Od razu zorientowała się, o czym rozmawia królewska para.
Lacetoni było potężne, bogate i niezależne. Lecz istniał ktoś, kto zwyciężył całą armię, dotarł do stolicy, a następnie zażądał płacenia sobie corocznego okupu. To było dawno, bardzo dawno temu, nawet pradziadek hulaka dziewczyny był wtedy jeszcze zasmarkanym chłopaczkiem. Wielki Czarnoksiężnik nie niszczył, nie palił i nie brał do niewoli, choć nic nie stało mu na przeszkodzie. Zawarł umowę, skrupulatnie realizowaną przez kolejnych władców. Z czasem upominał się o swój legat coraz rzadziej. Zwykli ludzie opowiadali sobie o nim legendy, myśląc, że już dawno umarł, a ich świat został ocalony od złego ducha, zamieszkującego wyspę na samym środku wielkiego oceanu. Jak widać, nie była to prawda, a kłamstwo, skrzętnie ukrywane przez panującą władzę.
– Co teraz zrobimy? – spytała drżącym głosem królowa.
– Nic. Olina niech się przygotuje.
– Nie! – krzyknęła. – Moja jedyna córka! Takie wiązaliśmy z nią nadzieje! Nie możesz!
– Arleno, muszę. – Król, choć przybity, był również stanowczy. – Wiesz, czym grozi niedotrzymanie warunków umowy? Zagładą naszego kraju.
– Co mnie to obchodzi. Moja Olina! – zawodziła królowa. – Przecież wiesz, że poprzednie panny przepadały bez śladu. Twoja siostra, siostra twego ojca i cała reszta. Bez najmniejszego śladu! Zamordowane przez to monstrum! Kto wie, może też torturowane!
– Najdroższa, nie przesadzaj. Nie ma żadnego potwierdzenia…
– Jest! Brak kontaktu od nich!
– Nikt nie ma kontaktu z Wyspą.
– To sługa zła! Ohydny starzec, o naznaczonym ciemnością ciele i jeszcze mroczniejszej duszy. A ty chcesz mu dać…!
Kolejny jęk, a Livii zrobiło się nieoczekiwanie gorąco. Zły Czarnoksiężnik nie miał imienia, bo prosty lud bał się je wymawiać. W nocy, przy ognisku, opowiadano sobie o jego krwawych czynach, wyuzdanych praktykach, ofiarach składanych z niewinnych, zwłaszcza dzieci, o tym, że żywił się ludzkim mięsem, a ludzką krew pijał jak wino. Był wszechpotężny i całe szczęście niezbyt zainteresowany całkowitą władzą nad światem. Zresztą, już miał takową, bo gdziekolwiek by się nie pojawił, nienawidzono go i wielbiono, niczym jednego z bogów.
Zemdloną królową wyniesiono z komnaty, a król krótko naradził się zresztą. Postanowiono powiedzieć Olinie, aby miała czas z wszystkimi się pożegnać. I przygotować. Najgorsze było odwołanie małżeństwa z księciem, ale nikt nie mógł stanąć na drodze Czarnoksiężnikowi.
Na cały zamek spadła żałoba. Potem wypełzła za jego mury, dotarła do granic i bez problemu je przekroczyła. Olina na przemian mdlała i spazmowała, ale od ojcowskiej decyzji nie było odwołania.
– Idź do komnaty księżniczki, trzeba tam posprzątać – powiedziała ochmistrzyni, przybierając ponury wyraz twarzy. – Za dwa dni przybędzie po nią narzeczony. – Ostatnie słowo niemal wypluła. Nikt nie odważył się sprzeciwić władcy, chociaż wielu po cichu złorzeczyło Czarnoksiężnikowi.
– Dobrze. Czy straż mnie wpuści?
– Tak. Uprzedziłam ich, że przyjdziesz.
Komnata tonęła w półmroku. Sprzęty były poprzewracane, drobne bibeloty chrzęściły pod butami przy każdym kroku. Widać księżniczka dość ogniście okazała swe niezadowolenie. Teraz leżała na ogromnym łożu z baldachimem, nieruchomo, jakby w letargu. Livia ostrożnie zaczęła sprzątać, ale nie dało się tego robić w całkowitej ciszy.
– A, to tylko ty – powiedziała obojętnie dziewczyna. Twarz miała opuchniętą od płaczu, złociste włosy potargane.
– To tylko ja – mruknęła Livia. Układała, wycierała i zbierała, aż dotarła do okna. To, co przez nie ujrzała, zatrzymało ją w półkroku.
– Pani – powiedziała zdławionym głosem. – Przybywa!
– Jak to? Już? – Księżniczka poderwała się z łóżka i jednym susem dopadła okna. – Och bogowie, za wcześnie! On nie zdąży mnie… – I umilkła gwałtownie, wpatrując się w zaskoczoną Livię.
– Domyślasz się, co chciałam powiedzieć?
– Tak. Ale przysięgam, zatrzymam to dla siebie.
– Nie będziesz musiała – Olina skuliła się, opierając o ścianę. – Dawen miał przybyć, aby zmierzyć się z Czarnoksiężnikiem, wyzwać go na pojedynek. Jeszcze się nie pojawił, być może w ogóle nie przybędzie. Nie dziwię mu się – dodała markotnie.
– Nie dziwisz? – Livia również oparła się o ścianę, ramię w ramię z księżniczką.
– To potwór, a nie człowiek. Zamieniłby Dawena w przydrożny pył. Aż tak mój książę mnie nie kocha – dodała z ironią. – Będę musiała zaakceptować nieuniknione i udać się w nieznane.
– W nieznane? – Livia spojrzała na horyzont, na bezkresny ocean i niezwykle błękitne niebo tuż nad nim. – W nieznane – powtórzyła z nagłą tęsknotą.
– Ty byś chciała?
– Nie wiem. Ale istnieją gorsze rzeczy od życia, które wiodę – odparła z goryczą. – A co mam w perspektywie? Pijanych wielmożów, którzy chętnie zaciągnęliby mnie w ustronne miejsce. Zostanie kochanką bogacza albo żoną wiecznie umęczonego biedaka.
– Ładna jesteś, nawet bardzo. – Księżniczka zerknęła na nią z namysłem. – Niejedna na urodzie daleko zaszła.
– Przez alkowę – Livia uśmiechnęła się cynicznie. – Przepraszam, muszę chyba wracać do pracy.
Zmiotła resztę potłuczonych skorup, poprawiła pościel na łóżku i już chciała wyjść, gdy księżniczka nieoczekiwanie zapytała.
– Jak ci na imię?
– Livia, wasza wysokość.
Tamta z uśmiechem skinęła głową. I to wszystko. Drzwi zamknął za nią postawny strażnik, podczas gdy pozostałych dwóch bacznie się jej przyglądało. Lecz to było mało ważne. Livia wróciła do swoich obowiązków, szybko zapominając o dziwnej tęsknocie, która nawiedziła ją w komnacie księżniczki.
Gdy do portu wpłynął statek o żaglach czerwonych jak krew, w zamku zapanowała panika. Szybko jednak okazało się, że Czarnoksiężnik ani myślał przybyć po oblubienicę osobiście. Przysłał jedynie swego pomocnika, wysokiego, kościstego mężczyznę o jasnych włosach i surowej twarzy. Zresztą ten szybko wyprowadził wszystkich z błędu. Jakie zaślubiny? Jaka oblubienica? Jego pan po prostu miał taki kaprys i ani myślał się żenić. Królowa ponoć zemdlała, słysząc te słowa. A Livia następnego dnia znów została wysłana do komnaty księżniczki.
– Moja szata. Już nieślubna – skrzywiła się Olina, pokazując bogato haftowaną suknię i wszystkie dodatki do niej. – Jak widzisz, ja też skończę jako kochanka, a kto wie, może nawet i gorzej. Chyba że chcesz się ze mną zamienić?
Livia zamarła. W oczach miała dwa pulsujące znaki zapytania. A księżniczka rzuciła swą bombę i teraz z zapartym tchem czekała na reakcję.
– Przecież to…
– Nie, nikt się nie zorientuje. – Olina szybko do niej podeszła. – Mamy ten sam wzrost, podobne figury, chociaż w tym stroju i tak niewiele będzie można zauważyć.
– A włosy? Twarz?
– Włosy to nie problem – wskazała na coś, co było chyba peruką. – Twarz również, bo zażądałam, aby nikt nie mógł zobaczyć mego oblicza, gdy będę opuszczała dom rodzinny.
– Głos?
– Nie muszę nic mówić. Wystarczy, że będę łkać – dodała z błyskiem w oku. Zauważyła, że Livia nie była przeciwna temu niezwykłemu pomysłowi.
– A co powie król?
– Król? To już moja sprawa.
– A… Czarnoksiężnik?
– To już twoja sprawa. Ale kiedy powiedziałaś, że istnieją gorsze rzeczy od nieznanego, po prostu musiałam z tobą porozmawiać. Jeśli się zgodzisz, mamy mało czasu na przygotowania.
– To się nie uda – pokiwała przecząco głową nadal oszołomiona Livia.
– Uda się. Tylko musisz się zgodzić. Więc? – Olina zawiesiła głos i z dreszczem niepokoju wpatrzyła się w służącą.
Livia spojrzała w stronę okna. Później bardzo powoli przytaknęła.
– Świetnie! – Księżniczka uradowana klasnęła w dłonie. – Nie bój się, zawołam nianię. Ona i matka są wtajemniczone.
Następne godziny przypominały sen. Została wykąpana, nasmarowana wonnościami, przebrana i pouczona, jak ma się zachować oraz co mówić. A kiedy twarz dziewczyny zasłonięto grubym welonem, po raz pierwszy zastanowiła się, czy zrobiła słusznie, zgadzając się na tę wymianę.
Sama, dobrowolnie oddała się w ręce potwora.
Nie traktowano jej jak bezcennego skarbu, a raczej jak jeden ze zdobycznych przedmiotów codziennego użytku. Wprowadzono na kołyszący się pokład. Momentalnie poczuła mdłości, lecz niczego nie dała po sobie poznać. Potem zorientowała się, że było ich więcej. Księżniczki, niektóre nawet z tak odległych krajów, że Livia nie wiedziała o ich istnieniu. Kapłanki, córki bogatych wielmożów. Dwadzieścia przeuroczych dziewcząt. Szybko zrozumiała, że Lacetoni było ostatnim przystankiem w tej podróży, gdzie Czarnoksiężnik zbierał należną sobie daninę. Nadal bała się nieznanego, ale teraz mogła to robić w towarzystwie.
Przydzielono im największe pomieszczenie pod pokładem. Co z tego, że było tak ciasne, że z ledwością mieściły się w nim piętrowe łóżka? Livia nieraz zaciskała zęby, aby nie słuchać narzekań i złorzeczeń. Dla niej najważniejszą rzeczą był magiczny napój, dzięki któremu mijały mdłości. Dwa razy dziennie dostarczano niewyszukane posiłki. Raz dziennie pozwalano wyjść na pokład. Pierwszy raz był pełna złych przeczuć, bo marynarze nie należeli do grzecznych chłopców. Lecz milcząca załoga, cała ubrana w jednakowe czarne stroje, nikogo nie zaczepiała, na nikogo się nie gapiła.
Jej towarzyszki o wiele gorzej znosiły warunki podróży. Narzekały, złorzeczyły, popadały w skrajną rozpacz. Jedna nawet rzuciła się we wzburzone fale. Lecz statek nie mógł się zatrzymać, nie zawrócił. Dowódca tylko obojętnie wzruszył ramionami, mówiąc, że i tak mają nadmiar tego towaru. A kiedy jedna z dziewcząt zaczęła spazmować, brutalnym ciosem przywołał ją do porządku. Livia obserwowała to wszystko, notując w myślach każdy szczegół, który mógł jej pomóc uciec. Bo już teraz nie wątpiła, że chce to zrobić. Ze swej ślubnej szaty, w ukryciu, acz systematycznie, odpruwała wszystko, co miało jakąś wartość. Perły, kilka złotych blaszek, parę innych półszlachetnych kamieni. Zrobiła też prowizoryczny woreczek na te drogocenności. Przygotowała ubranie, które zamierzała ukryć później pod już nie tak wspaniałym strojem. Trochę podróżnych sucharów, tępawy nóż, znaleziony, gdy wracały ze swej codziennej przechadzki na pokład. Cały czas starała się też ukrywać twarz i nigdy nie zdejmowała peruki, chociaż ta strasznie drapała.
I strasznie żałowała głupiego pomysłu z zamianą.
Była gotowa, aby wykorzystać każdą nadarzającą się okazję. Nie wierzyła w potwora żywiącego się ludzkim mięsem ani w królestwo, którego mieszkańcami byli umarli. Sądziła, że Czarnoksiężnik korzystał ze złej sławy, jaką mu przypisano. A raczej z reputacji wypracowanej przez swego przodka.
Dopiero gdy znaleźli się u celu i oznajmiono im, że mają się stawić ze swym dobytkiem na pokładzie, zrozumiała, jak bardzo się myliła.
Lecz nie było odwrotu.
Wyspa była ogromna. Wznosiła się ponad ciemną, falującą powierzchnią oceanu, niczym potężna skała, z wierzchołkiem tonącym w niskich, grafitowych chmurach. Nie przebijał się przez nie ani jeden promień słońca. Głównie zbudowana ze skały, gdzieniegdzie porośnięta niskimi, odrażająco poskręcanymi zaroślami. Nie było tu żadnego miasteczka czy wsi, jedynie zamek. Równie potężny co sama wyspa, z czarnego, poprzecinanego złotymi żyłkami kamienia. Ponura budowla, od której wiało prawdziwą grozą. Prowadziła do niej kręta, pnąca się w górę droga. Kiedy przejechali przez bramę, po prawej ciągnęły się niskie zabudowania, lecz nie było w nich zwierząt czy służby. Livia szybko zorientowała się, że mieszka w nich małomówna załoga statku. Po lewej stronie znajdowała się głęboka przepaść. Potem była druga brama i dziedziniec zamkowy. Pośrodku brukowanego placu fontanna o wymyślnym kształcie. Dopiero kiedy jej się przyjrzała, poczuła rumieniec wpełzający na policzki. Mężczyzna i kobieta, spleceni, rozedrgani choć nieruchomi, z twarzami pełnymi ekstazy i zwierzęcego pożądania. Czysty akt, pełen nieskrępowanej erotyki.
– Ileż ich przywiozłeś, Atanie! – Mężczyzna, który ukazał się w drzwiach, gwizdnął z podziwem. Nie był przystojny, ale za to doskonale zbudowany. O topornej, pospolitej twarzy i wąskich, okrutnych oczach.
– Ile dawali, tyle brałem – mruknął ten, który dotychczas pełnił funkcję dowódcy. – Przydadzą się. Do pracy, a i sporo jeszcze zostanie na przyjemności. Wybieraj Karelu, masz fory!
Jedna z dziewcząt krzyknęła, gdy młodszy mężczyzna brutalnie chwycił ją za włosy.
– Ta – powiedział i się oblizał. – Biorę od razu!
Livię zamurowało. Do tego były im potrzebne dziewczęta? Ale w takim razie, dlaczego upierali się przy szlachetnie urodzonych? Wystarczyłby tabun zwykłych dziewek ulicznych. Zaraz potem szybko doszła do wniosku, że Czarnoksiężnik nie bierze w tym udziału. Bo gdyby brał, to pierwszy wybór należałby do niego.
Pojawiło się kolejnych dwóch mężczyzn. Dziewczęta piszczały i krzyczały, słychać było też ich szloch oraz błagania o litość. Tylko ona tkwiła w tym tłumie niewzruszona, blada, ale również przerażona. Jeśli miała uciekać, to teraz, gdy panowało coraz większe zamieszanie. Na szczęście na nią w zasadzie nikt nie zwracał uwagi. Nic dziwnego, ciemnowłosej Livii wyjątkowo brzydko było w złocistych splotach i starannym, przejaskrawionym makijażu. Na dziedzińcu rozpętało się piekło. Prócz wrzasków słychać też było pełne złej radości okrzyki mężczyzn. Livia wycofywała się krok po kroku, aż zdecydowała, że wystarczy. Na przeciwległym krańcu rozległ się krzyk pełen agonii. Wykorzystała te kilka sekund, gdy głowy wszystkich mimowolnie obróciły się w tamtą stronę, po czym czmychnęła ku najbliższym drzwiom.
Bardzo długo stała po drugiej stronie, usiłując uspokoić oddech i uciszyć wyrzuty sumienia. Później w pośpiechu pozbyła się balastu. Peruki, szaty ślubnej wszystkich niepotrzebnych drobiazgów. Odetchnęła z ulgą, lecz nie byłą to pora, by świętować zwycięstwo. W końcu ktoś się zorientuje, że brakuje jednej dziewczyny, a wtedy zaczną jej szukać. Gdzie powinna uciekać?
– Najciemniej pod latarnią – powiedziała sama do siebie, rozglądając się po niskim pomieszczeniu. Oświetlone było tylko dwoma łuczywami, więc nie dostrzegła zbyt wielu szczegółów. Ale kolejne drzwi już tak. Pięła się w górę stromymi schodami, później przeszła korytarzem do części głównej zamku. Tylko raz wyjrzała na dziedziniec i bardzo długo musiała potem uspokajać rozdygotane serce.
Odbywały się tam iście dantejskie sceny. Z jednym Livia nie miała problemu. Z tym, aby określić, po co zostały zabrane na wyspę. Wyspę pełną samotnych, wyposzczonych mężczyzn. To orgię widziała teraz z góry, przy czym dziewczęta były brane nawet przez dwóch, trzech mężczyzn jednocześnie. Niektóre zemdlały. Jedną zatłuczono na śmierć, bo ugryzła napastnika w przyrodzenie. Krew, smród spoconych ciał i sperma, oto, co teraz stanowiło główny element krajobrazu. Ta, która zginęła wśród fal, miała jednak wyjątkowe szczęście.
– Obleśny staruch! – warknęła Livia, ocierając mokre od łez policzki. Pojawiła się chęć, aby znaleźć pana tego zamku i wbić mu tępy sztylet prosto w serce. Lecz czy ryzykowała tak wiele, aby zginąć? Musiała znaleźć schronienie i to szybko. Na dole chyba ktoś zorientował się, że brakuje jednej sztuki, bo zaczęto się nawoływać, rozległ się też szczęk broni.
Pognała przed siebie. Musiała dotrzeć do komnat czarnoksiężnika, gdziekolwiek by one się nie znajdowały. Najciemniej pod latarnią, powtarzała sobie Livia, sprawdzając w pędzie kolejne komnaty. W końcu trafiła na potężne drzwi. Te były zamknięte. Dziewczyna zmrużyła oczy, ale zamiast szukać dalej, wlepiła wzrok w dziwne runy wyrzeźbione na gładkiej powierzchni drewna. Z ciekawości powiodła po nich palcami, usiłując odczytać. Wtedy coś cicho stuknęło, runy zapłonęły zielonym blaskiem, a drzwi niespodziewanie stanęły przed nią otworem.
Nie zastanawiała się. Wpadła do środka. Nie dostrzegła już, że zieleń powoli ciemniała, aby na końcu zamienić się w tłustą, błyszczącą odrażająco czerń. Z zachwytem rozejrzała się dookoła, bo z pewnością TO była prywatna komnata. Być może nawet samego Czarnoksiężnika.
Dwa wąskie, strzeliste okna. Półki zawalone księgami i manuskryptami. Kominek, w którym widać było resztki żaru. Potężny stół, a na nim setki tajemniczych przedmiotów. Zamiast łuczywa, dziwna kula, w której jakby pływały języki ognia, zawieszona tuż nad stołem.
I bardzo mało miejsc, gdzie mogłaby się ukryć.
Skuliła się w rogu, zagrzebała w zwalonych na kupę manuskryptach. I czekała na nieuniknione, zastanawiając się, czy starczy jej odwagi, aby skoczyć przez któreś z tych okien, zanim ją złapią. Czekała i czekała, ciało jej zdrętwiało, w głowie szumiało coraz głośniej. Na zewnątrz zapadał zmierzch. Ale nikt nie wszedł do tej komnaty, jakby faktycznie stanowiła swego rodzaju sanktuarium.
Kiedy jednak rozległ się dziwny chrobot, Livia kurczowo zacisnęła palce na jedynej rzeczy, która stanowiła dla niej skarb, będąc jednocześnie pamiątką rodzinną. Był to owalny, płaski kamień, w kolorze dojrzałego zboża. Dokładnie pośrodku miał dziurkę, przez którą przewleczono rzemyk. To na nim zacisnęła place, błagając w duchu, aby nie odkryto jej obecności.
Dwie osoby, chociaż słyszała tylko jeden głos.
– Nie mogła uciec daleko, mój panie. Wiesz, jak to jest w ten dzień, gdy przybywa towar. Chłopcy trochę tracą nad sobą panowanie…
– Trochę? – Livia mimowolnie zadrżała. Ten drugi głos był głęboki, szorstki i tak wyprany z wszelkich emocji, że nie potrafiła zrozumieć, jak mógł pochodzić z ludzkiego gardła. Na pewno jednak nie był głosem zramolałego starca.
– Parzycie się jak bydło w rui.
– Panie!
– Zamknij się. Masz dwie godziny, aby odnaleźć kobietę. Czy to jasne?
– Tak, panie. – Tamten najwyraźniej nie tylko spokorniał, ale i poczuł strach. – A czy tutaj…
– Nie. Wiedziałbym. Runami posłużyć się może tylko osoba obdarzona mocą, a tę od razu bym wyczuł.
Zdumiała się. Wiedziałby? Wyczułby? A jednak nie do końca, bo ona tu siedziała, a on był pewien, że nie ma tutaj nikogo. Więc tylko tkwiła w bezruchu, znów błagając bogów i szczęśliwy los o odrobinę przychylności.
Szelest papieru. Obce słowa, ciche, odrażające mimo tego, iż nie rozumiała ich znaczenia. Znów szelest papieru. Syknięcie, a później trzaski palącego się ognia. Livia z trudem i bardzo powoli odrobinę zmieniła pozycję. Tak ścierpła, że mało brakowało, a zawyłaby z bólu. Ale tylko zagryzła zęby. Musiała wytrzymać. Choćby nie wiadomo co, musiała.
W końcu pan zamku chyba postanowił skończyć. Słowem zgasił palący się ogień. A kiedy zamknęły się za nim drzwi, Livia odetchnęła głośno i przeciągle.
Bolało ją całe ciało. Była potwornie zmęczona i śpiąca. Głód zaspokoiła tymi sucharami, które schowała w węzełku. Pragnienie kielichem wina, którego szczodrze sobie nalała. Gorzej było z inną potrzebą. W końcu uznała, że nie ma wyjścia i wykorzystała w tym celu gliniane naczynie o niewiadomym przeznaczeniu. Odkryła też, że w rogu, na niskim stoliku, stoi cały dzban wody. Z ulgą obmyła twarz, bo nie cierpiała tych upiększających mazideł. Rozpuściła też włosy, przeczesała je palcami i na powrót upięła w luźny węzeł. Wszystko to w blasku wschodzącego księżyca, gdy z dołu dobiegał ją gwar nawoływań. Komnaty nie mogła i nie chciała opuścić. Z zasłyszanych słów wywnioskowała, że tylko tutaj jest bezpieczna.
Chcąc się przespać, znów ukryła się wśród sterty zwojów. Lecz tym razem położyła się, skulona, z głową na własnym płaszczu. Już przysypiała, gdy usłyszała, jak ktoś wchodzi do komnaty. Zamarła w oczekiwaniu na zdemaskowanie, ale to nie nastąpiło.
– Panie!
– Czego? – Bardziej głuchy warkot niż ludzki głos.
– Zgodnie z twym życzeniem, przyprowadziłem jedną.
– Świetnie. – Livia zadrżała. A więc jednak Czarnoksiężnik nie stronił od tych spraw? – To teraz pokaż, co potrafisz!
Jęki kobiety, sapanie mężczyzny, rytmiczne klaskanie ciał. Zdezorientowana dziewczyna powoli odsunęła kilka zwojów, aby móc dostrzec, co się działo w komnacie. Co prawda widziała więcej kształtów niż szczegółów, ale to wystarczyło.
Bokiem, a wręcz prawie tyłem do niej siedział ten, który tu rządził. Przed nim o stół opierała się naga, zakrwawiona branka. Oczy miała pełne obłędu, twarz opuchniętą, wargi pokaleczone. Za jej plecami stał mężczyzna, ten sam, który dowodził statkiem. Nietrudno było się zorientować, co robi. Nagle Czarnoksiężnik wstał. Podszedł bliżej i dopiero kiedy znalazł się tuż przed kobietą, rozpiął spodnie. Livia nie wszystko mogła dostrzec, lecz w zasadzie tego nie potrzebowała. Branka już nie jęczała, tylko bełkotała, jakby dławiąc się własną śliną. Nie była to jednak ślina, a potężny członek, który rytmicznie zanurzał się pomiędzy jej wargami.
Trwało to trochę czasu, podczas którego dziewczyna walczyła z całym wachlarzem różnych uczuć. Od obrzydzenia i mdłości, po fascynację i podniecenie, kumulujące się w dole brzucha. Nawet nie zauważyła, jak jej ręka zniknęła za paskiem spodni. Ocknęła się, gdy mężczyzna wytrysnął we wnętrzu sponiewieranej kobiety.
– A teraz bierz ją i wynocha!
Czarnoksiężnik usiadł z powrotem w fotelu. Zaczekał, aż zamknęły się drzwi, po czym zaczął się zaspokajać, szybkimi, wręcz brutalnymi ruchami. Potężne ciało drżało, a w komnacie słychać było teraz jego świszczący oddech.
Livia przestała zachowywać się z należytą ostrożnością. To, co widziała, czego była świadkiem… Zapłonęła. Pozbyła się obrzydzenia. Nigdy wcześniej nie czuła czegoś takiego, a nawet jeśli, to w nieporównywalnie mniejszej skali. Kiedy drżące palce dotarły do wilgotnej, gorącej szparki, cicho jęknęła.
I zamarła, bo zrozumiała, że sama się zdemaskowała.

