Fragment
Nasz dom był budowlą przedwojenną, usytuowaną na krańcu wsi. Owszem, stał frontem do ulicy, po prawej majaczyła następna chałupa, ale z pozostałych trzech stron był otoczony lasem. Zresztą, droga asfaltowa kończyła się tuż za naszą posesją. Od drzwi wejściowych do furtki było zaledwie trzy metry, a za furtką stał wysoki mężczyzna. Że nie miejscowy, tego byłam pewna od pierwszego spojrzenia, ale myśl o tajemniczym Arturku pojawiła się po dłuższej chwili konsternacji. Mgliście pamiętałam tę rudą, piegowatą fizjonomię, lecz wspomnieniom z dzieciństwa dopomogła wiedza z internetu.
– Co tak późno? – mruknęłam, sięgając po tatową flintę. Ida może i miała plany, ale ja byłam pewna, że ktoś taki jak Artur planów małżeńskich nie miał. Olałam dobre maniery, postanawiając skutecznie odstraszyć zalotnika. Geny prababki odezwały się we mnie gromkim głosem, a palce same zacisnęły się na wypolerowanej kolbie. – Ja ci dam skubańcu amory!
Wyszłam na ganek przybierając możliwe najbardziej groźny wyraz twarzy. Broń na moim ramieniu kołysała się rytmicznie. Kurtka przeciwdeszczowa szeleściła złowieszczo. Ale na mężczyźnie stojącym po drugiej stronie ogrodzenia nie uczyniło to pożądanego wrażenie.
– Ja do Idy – oświadczył wyniośle, mierząc mnie pogardliwym, lekceważącym spojrzeniem.
– Idy nie ma – odpowiedziałam grobowym tonem. – I nie będzie.
– Bo? – spytał drwiąco, opierając się o stojącą za jego plecami, lśniącą, wypasioną brykę.
– Bo ją zabiłam… – dodałam jeszcze bardziej posępnie.
W końcu go zamurowało. Może gdyby nie broń, którą dziarsko ujęłam w obie ręce, to od razu zrozumiałby, że żartuję. Stara flinta taty zachwiała tą pewnością. A ja mogłam się w końcu przyjrzeć żywej legendzie, złu wszetecznemu i co tam jeszcze przyszło do głowy miejscowym plotkarom. Zło wszeteczne wygląd miało za milion dolarów, a brykę za plecami może nawet za dwa. Z początku wydał mi się wysoki, ale tak naprawdę był średniego wzrostu. Szczupły, bez przerostu mięśni nad rozumem, nieźle zbudowany. Twarz owalna, o trójkątnym podbródku, nieco zakrzywionym nosie, z elegancko przystrzyżonym zarostem. Włosy modnie zaczesane do góry, po bokach wygolone, ciemne, o nieco rudawym odcieniu, chociaż możliwe, że to była wina słońca. Oczy ni to zielone, ni to niebieskie. Ich kolor uwypuklała jeszcze ciemna oprawa rzęs i brwi. Oczywiście miał też opaleniznę jak z hawajskich plaż i zęby, które raziły swą bielą. Najbardziej spodobały mi się jego usta, o asymetrycznie uniesionym jednym kąciku, jakby ich właściciel nieustannie z czegoś kpił. Zresztą, może to prawda?
– Jak to zabiłaś? – wydukał w końcu niepewnie.
– No żartowałam – oświadczyłam pojednawczo. – Zabiję ciebie. – Na potwierdzenie swych słów potrząsnęłam trzymaną bronią.
– Myślałem, że w okolicy nie ma psychiatryka – mruknął Artur, któremu nagle zebrało się na odwagę. – Powiedz dziecko, gdzie twoi rodzice? I dlaczego pozwalają ci się bawić bronią?
Skoro przestał się bać, nie było sensu dalej robić z siebie idiotki.
– Wyjechali razem z Idą do miasta. Przyjdź jutro.
– Jutro? – Nie spodobało mu się to. – Odprawiasz mnie z kwitkiem?
– A co niby innego mam zrobić?
– Wiesz kim jestem? Kim jest mój ojciec?
– Wiem. Nieboszczykiem – odparłam zgodnie z prawdą. Biedny Artur gwałtownie poczerwieniał.
– Słuchaj smarkata – zaczął groźnie. – Przekaż księżniczce, że za pięć dni, w sobotę, organizuję przyjęcie. Jak chce, niech się zjawi. Jak nie, jej strata, ja płakać nie będę.
Arogancję i pychę miał wypisaną na twarzy, lekceważenie w oczach, a ja nie cierpiałam jednego i drugiego. Najchętniej przestrzeliłabym mu któreś kolanko, ale za to mogłam trafić do więzienia. Wybrałam inne wyjście, może i kosztowne, lecz mojej satysfakcji nie dało się policzyć materialnie.
Huk wystrzału zmieszał się z nieludzkim rykiem. Z zadowoleniem spojrzałam na prawy błotnik wypasionej bryki, która już nie była taka wypasiona. Później na purpurowego z wściekłości Arturka. Mariaż Idy zniknął za horyzontem zdarzeń, za to ja zastanowiłam się, czy moje oszczędności w całości pójdą na rekompensatę, czy zostanie mi na lody.
Pokonany wróg bluzgnął wiązanką przekleństw, po czym uznał, że pora na ewakuację i zniknął z placu boju. Jedynym śladem jego obecności, była zatknięta w płocie koperta. Zaproszenie, którego w żadnym wypadku postanowiłam nie przekazywać Idzie. Wsadziłam je w kieszeń, wyjmując stamtąd jedno jabłko, po czym udałam się na obchód lasu, jak nazywałam zwyczajowo moje długie spacery po okolicy.

