Fragment
Wjeżdżam właśnie na teren stajni Galop, której właścicielem jest mój ojciec. Gdy tylko wysiadam z auta uderza mnie ciepły wietrzyk i zapach lasu, który jest zaraz za murami stadniny. Pierwsze kroki skierowałam w stronę małego domku, w którym imprezowaliśmy, gdy ojca nie było, choć to bywało góra dwa razy do roku, jak wybierał się na wakacje. W takie zwyczajne dni jak dziś, po prostu urzędował tam ojciec, a my co najwyżej mogliśmy tam napić się kawy czy herbaty ze znajomymi. Mój ojciec jest zasadniczy, a ode mnie wymaga niestworzonych rzeczy. Najlepiej, żebym wygrywała wszystkie zawody na moim ogierze Emausie, w skokach przez przeszkody. Przy ojcu nawet nie mogłam mieć własnego zdania, bo ukochana córeczka tatusia powinna być posłuszna. Odkąd pamiętam, musiało być tak, jak chciał ojciec. Dużo inwestował we mnie i w mojego ogiera. Jednak wszyscy trenerzy wymiękali przy mnie. Nie obiecywałam im posłuszeństwa i z zasady mnie denerwowali. Wystarczyło kilka treningów ze mną i szybko rezygnowali z dobrze płatnej posady.
– Cześć tatusiu – powiedziałam wchodząc do małej kuchni. Szybki rzut oka utwierdził mnie, że ojca nie ma w kuchni, więc ruszyłam dalej.
– Tutaj jestem – odrzekł, składając gazetę i odkładając ją na stolik. Musiał przysnąć bo przecierał oczy. Od lat w tym pokoju nic się nie zmieniło. Standardowe wyposażenie, czyli dwa fotele kanapa, ława, duże dwuosobowe łóżko oraz regał. Jedyne co wyróżniało to pomieszczenie, to tradycyjny kominek, a nie jakaś tandetna imitacja. W zimowe wieczory, ogrzewaliśmy się przy nim, pijąc grzane piwo.
– Przyszłam się jedynie przywitać, ale widzę, że nie w porę – mówię, stojąc nadal w drzwiach.
– Przysnęło mi się, jak czytałem informacje sportowe – tłumaczy się, wstając z fotela i rozciągając zastane mięśnie, uwydatniając przy tym swój duży brzuch. – Napijesz się herbaty córcia?
– Nie teraz, może później. – Odwracam się i już mam wychodzić, gdy się do mnie zwraca, patrząc na zegarek.
– Niedługo, przyjedzie twój nowy trener. – Ostatkiem sił staram się, nie skrzywić, jak po zjedzeniu cytryny. – Możesz spróbować być dla niego milsza? W końcu zostaniesz bez trenera, jak tak dalej będziesz się zachowywać.
– Dobrze tatusiu – mruczę przez zaciśnięte zęby. Miałam ochotę na chwilę oddechu i po prostu pojeździć w spokoju i się zrelaksować po ciężkim tygodniu, ale nie… ojciec zawsze musiał mi popsuć plany. Zabieram po drodze z auta jabłuszko i marchewkę, po czym wchodzę do stajni. Mój ogier stoi w pierwszej stajni i nie wiem, jak to robi, ale wie, że to ja idę i już rży nim zdążę dojść do jego boksu. Zostawiam nagrody na pace, która stoi obok boksu i idę przywitać się z moim ogierem.
– Cześć malutki – mówię do niego, chociaż wcale taki mały nie jest. Głaszczę go po jego latarni na grzbiecie nosa, wkładając rękę za kraty. Przymyka przymilnie oczy. Pieszczoch wpycha nos w moją dłoń, abym kontynuowała. – Już cię biorę, tylko założę oficerki. – Rozmawiam z nim, jak z człowiekiem. Nic nie rozumie, ale to nie zmienia faktu, że lubię z nim gadać. Z kieszonki wyjęłam kluczyk, po czym otworzyłam pakę i wyjęłam oficerki. Piekielnie były niewygodne do chodzenia, ale za to na koniu idealnie trzymały nogę w strzemieniu. Wzięłam uwiąz i przypięłam do skórzanego kantaru, który wisiał na klamce. – Popracujemy troszkę? – zapytałam mojego wierzchowca otwierając boks. Założyłam mu kantar, gdy usłużnie schylił łeb. Wyprowadziłam go na korytarz, po czym uwiązałam do kółka. – Ale żeś się wytarzał – mruknęłam kręcąc głową z dezaprobatą. Emaus to hanower o eleganckiej postawie i o ciemnogniadym umaszczeniu. Metr siedemdziesiąt w kłębie, ale najbardziej podobały mi się jego skarpetki na nogach i latarnia na grzbiecie nosowym. Jak zobaczyłam go w gazecie „Koński targ” musiałam go mieć. Okazał się kochanym i oddanym przyjacielem, do tego zawsze dawał z siebie wszystko. Tatuś na koniec Polski pojechał po niego, ale czego się nie robi dla ukochanej córeczki. Nie liczył się dla mnie papier, ale tatuś lubił chwalić się jego rodowodem. Na boksie nawet powiesił tabliczkę z jego niemalże całym drzewem genealogicznym.
Wyczesałam go całego z błota, po czym przetarłam rękawicą z owczej wełny. W końcu wyglądał, jak na sportowca przystało, za to ja niekoniecznie. Cały piach i sierść oblepiły moje ubrania. Kopystką jeszcze przeleciałam kopytka i już mogłam siodłać mojego rumaka.
Szybko wrzuciłam na jego grzbiet siodło, po czym założyłam ogłowie i udałam się z nim na ujeżdżalnię, na której stał mój specjalny stołek do wsiadania. Miałam nawet usprawiedliwienie dla swojego lenistwa, że nie obciążam nóg Emausa, jednak prawda była taka, że nie chciało mi się zadzierać nogi, jeśli mogłam sobie ułatwiać życie, to to po prostu robiłam.
Podpięłam popręg i ruszyłam stępem, rozgrzewając nas obydwoje. Nie interesowało mnie, czy ten nowy trener przyjdzie, czy też nie, a na pewno nie miałam zamiaru na niego czekać. W sumie po zastanowieniu, stwierdziłam, że nawet lepiej, bo będę mogła się wykręcić od treningu.
Ruszyłam kłusem, później znów trochę stępa, kłusa i galopu. Myślami, błądziłam po niebieskich obłokach, planując wakacje. Przyjemnie się odprężałam, tego właśnie mi było trzeba. Swobodnej jazdy, bym nie zapomniała jak bardzo to kocham. Treningi też bywają fajne, ale głównie to nakazy, rozkazy i non stop gadająca osoba na środku ujeżdżalni. Podczas treningów zawsze sztywno musiałam razem z moim wierzchowcem, robić to co nam w danej chwili kazali. Jeśli nie wyszło za pierwszym razem, powtarzaliśmy to do skutku, aż zadowoliliśmy trenera. Ostatni nie wytrzymał wyzywając mnie od gówniar, gdy po prostu pojechałam w teren, żegnając się środkowym palcem. Wkurzył mnie, bo dość, że wylewałam siódme poty, to cały czas mu coś nie pasowało. Nie dawał nam chwili wytchnienia, a ja już też miałam dość, a on tego nie rozumiał. Z tym trenerem akurat nigdy nie mogłam dojść do porozumienia, ponieważ mówił w taki sposób, jakby recytował podręcznik, a ja nie wiedziałam, czego od nas oczekuje.
Na zakręcie ruszyłam płynnym galopem, kołysząc się leniwie na siodle, zerknęłam odruchowo na łopatkę Emausa, ale mój wierzchowiec ruszył z dobrej nogi. Tworzyliśmy zgrany duet, do czasu, gdy coś huknęło w lesie obok i mój koń się spłoszył. To były sekundy, gdy zaczął wierzgać i odskakiwać w głąb ujeżdżalni. Nie utrzymałam się i spadłam uderzając w drągi, które leżały pod przeszkodą.
Straciłam przytomność. Nie wiedziałam gdzie jestem, a z oddali dochodził jakiś nieznany głos. Nie mogłam otworzyć oczu pomimo, że czułam jak ktoś delikatnie klepie mnie po twarzy. – Nic ci nie jest? – Słyszałam męski głos, który był opanowany lecz stanowczy. Nie rozpoznawałam jego właściciela. – Otwórz oczy!
Bolało mnie dosłownie wszystko, a najbardziej głowa i tyłek. Mruknęłam coś niezrozumiale. Chwyciłam się w miejscu wielkiego guza, po czym potarłam palcami. Nie czułam nic mokrego, a gdy podsunęłam pod oczy palce, automatycznie je otwierając, zobaczyłam przystojną twarz, która nachylała się nade mną. Nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu, ani się odezwać. Nieznajomy, przyglądał mi się badawczo.
– Kim jesteś?
– Nic ci nie jest?
Obydwoje rzuciliśmy pytania w tym samym czasie. Zaczęłam się podnosić, siadając na obolałym tyłku. Skrzywiłam się, bo zabolała mnie kość ogonowa. Wstał i podał mi dłoń, która była chropowata od odcisków. Skorzystałam z jego pomocy.
– Wszystko dobrze, to nie pierwszy raz – powiedziałam zawstydzona. Tylko ja mogłam spaść z konia, gdy taki przystojniak jest w pobliżu. No właśnie, gdzie Emaus? Rozejrzałam się ale nigdzie go nie było. – Gdzie mój koń? – zapytałam, ruszając w stronę wyjścia z ujeżdżalni.
Chwycił mnie za rękę. Spojrzałam na nią odruchowo, a on ją zabrał. Nie lubiłam, gdy obcy faceci mnie obłapywali.
– Stajenny go zabrał. Nic ci nie jest? Może zawieźć cię do szpitala? Byłaś nieprzytomna.
– Nie trzeba – powiedziałam, po czym chamsko obejrzałam go od góry, do dołu. Miał na sobie trampki i dżinsy. Czarny podkoszulek opinał jego umięśnione ciało niczym druga skóra. Na kołnierzyku wisiały okulary tak zwane muchy. Jednak twarz, była czymś co najbardziej mi się podobało. Lekki zarost, kwadratowa szczęka i włosy idealnie ostrzyżone. Oczy niemalże czarne, które w tym momencie, nie przestawały mnie obserwować. Musiałam głupio wyglądać, gdy tak się przypatrywałam, ale jednego jestem pewna, nie znam go i nigdy tutaj go nie było. Jego strój też nie sugerował, że ma cokolwiek związanego z końmi. Do stajni nikt nie przychodził w takim zestawie ubrań. Raczej wszyscy mieli albo tradycyjnie bryczesy i koszulkę, albo stare dresy, które nie nadawały się już do codziennego chodzenia.
– Na pewno? – dopytywał, kiwnęłam głową, po czym ruszyłam w stronę stajni, a on za mną niczym cień. Nie powiem dupsko mnie bolało, a głowa pulsowała, ale paracetamol odwali robotę. Jednak najpierw muszę zając się koniem i sprzętem.
– Na jazdy przyszedłeś? – zapytałam, gdy podążał za mną i tak mi się przyglądał natrętnie.
Zastanawiałam się, czy mój popisowy upadek, nie zrazi go do koni. Nie wyglądał na zapalonego jeźdźca. Weszliśmy do stajni.
– Mam trenować córkę właściciela – wyjaśnił.
Nie wiedział, że to ja. To mi ojciec załatwił trenera! Zbłaźniłam się już na pierwszym spotkaniu. Już miałam wyjaśnić, że to ja, gdy się odezwał:
– Podobno, straszna zołza z niej.
Wciągnęłam zszokowana powietrze przez nozdrza. Dupek! W pierwszej chwili oburzyłam się, taki przystojny facet, a taki arogancki.
– Ty na trenera, też nie wyglądasz – warczę, biorąc jabłko i marchewkę, po czym wrzucam Emausowi przez kratę do żłobu.
– Bo nie chodzę w trzyczęściowym garniturze? – Zaśmiał się, zmrużyłam oczy patrząc na niego. Wróciłam do pakowania wszystkich moich rzeczy do paki.
– Nie jesteś stary, nie masz czapki z daszkiem i nie jesteś sympatyczny.
– Tak? A po czym to wnioskujesz? Mogłem cię zostawić, jednak ubrudziłem buty biegnąc do ciebie.
Dupek i palant do tego!
– Nawet nie podziękowałaś.
– Dziękuję – rzuciłam od niechcenia. – Oceniasz córkę właściciela, gdy ją nawet nie znasz.
Nie wiem, dlaczego mu się nie przedstawiłam, a ciągnęłam tę bezsensowną wymianę zdań. Zaczynał mnie irytować i to było pewne, że za długo z nim nie potrenuję. Przystojniak z niego i to chyba jedyny jego plus. Szczotką z włosem mojego wierzchowca ścierałam piach z ubrań, by jako tako doprowadzić się do porządku.
– Widocznie zasłużyła na takie opinie. – Oparł się o boks Emausa krzyżując dłonie, czym uwydatnił swoje bicepsy. Nie wiem, czy to zrobił specjalnie, lecz podobał mi się ten widok, aż nadto. Lubiłam umięśnionych facetów. Szybko jednak odwróciłam wzrok. Niekoniecznie pochwalałam, to co padało z jego ust, ale urodą nadrabiał.
– Tak, czy inaczej nie po dżentelmeńsku tak mówić. – Schowałam szczotkę, po czym przekręciłam kluczyk i schowałam go w spodniach.
– Nikt nie powiedział, że jestem dżentelmenem.
Machnęłam tylko ręką na pożegnanie, a ten niczym mój cień ruszył za mną. O co mu chodzi? Matko, co bezczelny typ!
– Będziesz tak za mną łaził? – warknęłam.
Nie lubiłam natrętów, a on taki właśnie się wydawał.
– Sprawdzam, czy faktycznie nic ci nie jest w ko… – Urwał, gdy mój ojciec podjechał swoim Volvo.
– Widzę, że już zdążyliście się poznać – stwierdził mój ojciec zamiast powitania, wysiadając z auta. – Jak wam poszedł trening?
Przystojniak, spojrzał na mnie, jakby mi dwie głowy wyrosły.
– Nie było treningu, bo zdążyłam już sama potrenować. – Uśmiechnęłam się wrednie. Na widok miny mojego trenera.
Szybko się ogarnął i przywołał do porządku.
– Faktycznie, nie przedstawiłem się – wyciągnął rękę w moją stronę. – Jestem Dominik Rudziński.
Uścisnęłam ją, wykrzywiając usta w sztucznym uśmiechu. Miałam tylko nadzieję, że nie uzna go za szczery.
– Malwina Szutkowska. – Mój ojciec, schylił się do auta, wyciągając torby z bagażnika. – Zołza i córka szefa w jednej osobie – powiedziałam cicho, by tylko on mógł to usłyszeć.
Nie chciałam od razu mieszać we wszystko ojca. Jednak intrygowało, czy coś trener potrafi i czegoś mnie nauczy, czy to tylko przystojna twarz i niewyparzony język.
– Napijecie się czegoś dzieciaki? – Podeszłam i wzięłam od niego torbę z zakupami. – Od razu ustalimy co i jak.
– Jasne – rzuciłam tylko.
Przekręciłam oczami. Niemalże co miesiąc były takie rozmowy z moimi trenerami. Raczej ja słuchałam, a oni ustalali mi grafik, pod który ja musiałam się dostosować. Nie było sensu się wykłócać, bo i tak bym nie postawiła na swoim.

