Fragment
– Zajebista łódka – Żorka cmoknął z uznaniem. – Poczujemy wiatr w żaglach.
– Jakich żaglach, kretynie? Przecież to motorówka!
– Nie znasz się na metaforach.
– Jest paliwo? Żebyśmy gdzieś nie utknęli pośrodku jeziora.
– Jest, pełen bak. – Żorik pieszczotliwie poklepał bok łódki. – Mam też niespodziankę – dodał, wyjmując z torby ciemną butelką z chlupoczącą zawartością. Sasza od razu pobladł, a w jego ciemnych oczach ukazał się strach.
– Znów ta trutka na szczury?
– Nie mów tak o moim winie domowej roboty. I nie martw się, po pół szklaneczki, nie więcej. Żebyśmy nie skończyli na głębinach w charakterze topielców. – Zamyślił się i nagle poweselał. – Oczyma wyobraźni widzę te nagłówki: boss ukraińskiej mafii przemytniczej, nieustraszony pogromca wiewiórek i jego prawa ręka, nieodżałowanej pamięci, wspaniały Żora, utonęli po pijaku w polskim jeziorze, podczas rodzinnych wakacji.
– Nic nie przemycam – wycedził Aleksandr. – Zajmuję się teraz nieruchomościami.
– No wiem, ale znasz dziennikarzy. – Odpalił silnik i zgrabnie ruszył do przodu. – Dokopią się kompromitujących faktów z twojego życia i bez skrupułów je upublicznią.
– Chciałbym widzieć tego, który się odważy.
– Na razie delektuj się wiatrem we włosach.
– I komarami w zębach – mruknął Aleksnadr, a wtedy Żora zaczął chichotać.
Znaleźli się na drugiej połowie jeziora, gdzie nie było dostępu do żadnej plaży, a jedynie szuwary, tatarak i dzika głusza. Wtedy wyłączył silnik i rozłożył się na ławeczce z rękoma za głową. Sasza poszedł w jego ślady i oboje po raz pierwszy z zadowoleniem pomyśleli, że te wakacje to jednak nie był taki zły pomysł.
Aleksandr przysnął, a jego wierny pomocnik podążył tą samą drogą. Słoneczko świeciło jak wściekłe, fale jeziora łagodnie szumiały, a łódka powoli i nieubłaganie nabierała wody. Na horyzoncie zaczęły się zbierać burzowe chmury, dosłownie i w przenośni. Panowie pochrapywali, winko chlupotało w butelce, woda na dnie łodzi, zerwał się też łagodny wiatr.
Pierwszy ocknął się Żora, czując dziwny dyskomfort w okolicach pleców. Rozejrzał się nieco zdezorientowany i od razu dostrzegł niebezpieczeństwo.
– Szefie! – Brutalnie potrząsnął ramieniem Aleksandra. – Mamy problem?
– Jaki? – Sasza uchylił jedną powiekę, później obie, bo też poczuł dyskomfort. – O, cholera!
– Chyba przecieka?
– Nie chyba, ale na pewno.
– Szef chyba słabo pływa?
– Zamknij się jełopie, odpal silnik i dobij do brzegu. Pływam całkiem nieźle, w przeciwieństwie do ciebie – warknął Aleksandr.
– Fakt. – Żorki nie stracił poczucia humoru, nawet gdy uzmysłowił sobie, że Sasza ma rację. Niestety okazało się, że złośliwość rzeczy martwych nie zna granic, bo silnik motorówki zakrztusił się, milknąc na wieki. Tonęli coraz szybciej, w pobliżu zagrzmiało, trzciny zaszumiały złowieszczo, a ponadto wszystko wzbił się wściekły głos Saszy:
– Do jasnej cholery! Jak mogłeś nie zauważyć takiej dziury?
– Pilnowałem, żeby było paliwo – tłumaczył się Żorik. – Co robimy, szefie?
– Po pierwsze nie jestem twoim szefem. Po drugie brzeg niedaleko, chociaż niedostępny, to damy radę. Zostaw ten bimber, będę cię asekurował.
– To jedyna butelka, jaką udało mi się przemycić.
– Ratuję ciebie, albo flaszkę. Co wybierasz?
W obliczu tak postawionej sprawy Żora nie miał wyjścia. Motorówka wesoło bulgotała, tonąc w jeziorze, a przez szuwary przedzierał się wściekły Sasza, klnąc przy tym, na czym świat stoi i uczepiony jego ramienia wierny pomocnik.
– O, cholera – wysapał, gdy już dotarli na sam brzeg. – Normalnie czuję się jak w puszczy amazońskiej.
– Nawet przypominasz dzikusa – powiedział Żora, przyglądając mu się z ciekawością. Jednak żaden z nich nie kontynuował tematu, bo nieopodal rozległ się głośny huk, a z nieba momentalnie lunął potok deszczu.
Na brzegu stało dwóch mężczyzn w kąpielówkach, upaćkanych błotem i z całym zestawem roślin wodnych. Na dodatek włosy przylepiły im się do czaszek, sprawiając, że w wyglądali, jak zmoknięte yorki. Należy jeszcze wspomnieć, że jeden z nich z niewinną miną ukrywał za plecami niewielką butelkę.
– I co teraz? – zapytał ostrożnie Żora. Milczący Aleksandr to było zjawisko wysoce niepożądane, bo świadczyło o wkurwie na maksa. Już lepiej nawet, jak przeklinał.
– Jak mogłeś nie zauważyć tej cholernej dziury? – wysyczał Sasza. – Matole jeden!
– Rzuciłeś w to miejsce ręcznik, dlatego nie zauważyłem.
– Czyli to ja jestem winien?
– Tego nie powiedziałem. – Żorik nawet w takim momencie zachował dobry humor. – Masz, łyknij sobie dla kurażu. Rozgrzejemy się.
– A mówiłem, kurwa, żebyś zostawił tę trutkę! Dawaj! – Aleksandr zgrzytnął zębami i pociągnął potężnego łyka. Wypił duszkiem prawie połowę, potem poczerwieniał, pokasłał i jakby odzyskał werwę. Żorik podążył jego tropem, opróżniając butelkę do cna. A potem zapanowała cisza, gdyż alkohol przyjemnie palił przełyk i rozgrzewał od środka.
– Dobra, wracamy. Więcej już nie zmokniemy. Wiesz cymbale, że w łódce został mój ulubiony nóż? Tyle akcji razem i zgubiłem go na tym zadupiu, w cholernej kałuży zwanej jeziorem, bo pewien baran nie sprawdził szczelności.
– Potem urządzimy mu pogrzeb i pochowamy z należnymi honorami.
– Ciebie razem z nim.
– Dobra szefie, kupię ci nowy, tylko nie marudź. Ostatnio tak z niego nie korzystałeś.
– Miał wartość sentymentalną.
Alkohol zrobił swoje i panowie lekko się zataczając, zaczęli przedzierać się przez gęste, nadbrzeżne zarośla, chociaż obok biegła w miarę wygodna ścieżka. Prócz zataczania, kolebali się na wszystkie strony, bo nawet dla groźnego gangstera i jego nieustraszonego pomocnika, pół butelki Żorikowego trunku, to było aż nadto. Deszcz padał z coraz większą siłą, grzmiało, błyskało, a oni taranowali krzaki, potykali się i przeklinali. Chociaż coraz częściej prócz przekleństw słychać było też śmiech.
– Szefie, czuję się jak na misji w Wietnamie – zaczął Żora, wydłubując z zębów liście bliżej nieznanej mu rośliny.
– Nie byłeś na żadnej misji w Wietnamie.
– Ale tak się czuję. Daleko jeszcze?
– Skąd mam do diabła widzieć?
– Jesteś moim mentalnym przewodnikiem. Popatrz w niebo, na gwiazdy…
– Chuj, nie gwiazdy – warknął Saszka, bo właśnie dostał w twarz z liścia i to dosłownie.
– Nie słyszałem o takim gwiazdozbiorze, ale koncepcja warta przemyślenia.
– Możesz się zamknąć? To przez ciebie mamy kłopoty.
– Mogę. Ale daleko jeszcze?
– Zabiję cię!
– Swojego nieocenionego towarzysza, prawą rękę, wzór wszelakich cnót przestępczych? Sam pomyśl, jakie życie będziesz prowadził po mojej śmierci. Smutne, ponure, spokojne. I kto przyrządzi przepyszne winko domowej roboty?
– Winko? – Aleksandr zgrzytnął zębami ze złością. Przestało padać, ale coś mu irytująco brzęczało nad uchem. Machnął nieuważnie ręką, ale brzęczenie wcale nie ustało. – Którędy teraz wzorze cnót wszelakich? – zapytał z przekąsem, lekko się kolebiąc. Żorikowy trunek miał tę moc.

