Fragment
1. Daria
Nie przywykłam do takiego luksusu. Rozglądałam się dyskretnie, od czasu do czasu popijając małymi łyczkami szampana, aby przypadkiem bąbelki nie uderzyły mi do głowy. Nie przywykłam też do alkoholu, nawet takiego niskoprocentowego, więc wolałam nie ryzykować.
Wykorzystując fakt, że profesor był zajęty rozmową z innymi gośćmi, w końcu odważyłam podejść do długiego stołu, zastawionego smakołykami. Nie miałam pojęcia, co nałożyłam sobie na talerz, ale wyglądało apetycznie. Zjadłam, dyskretnie otarłam kąciki ust, a później wróciłam do szampana. Pewnie nadal nudziłabym się we własnym towarzystwie, podziwiając otoczenie i usiłując zidentyfikować twarze znane dotąd z telewizji, gdyby nie głos za moimi plecami.
Minęło ponad dziesięć lat, ale wszędzie bym go poznała.
Nie wpadłam w panikę, nie zaczęły dygotać mi ręce. Tylko serce nieco przyspieszyło, a w głowie pojawiło się tysiące myśli i towarzyszących im wspomnień.
Głośny oddech, silny, zniewalający uścisk męskich dłoni. Palce brutalnie zaciskające się na mojej piersi. Sposób, w jaki się o mnie ocierał, szydercze słowa, jakie wypowiadał. Bolesne ciosy, które wymierzył.
Gnojek, który przez długi czas poniżał mnie na wszelkie możliwe sposoby, a na końcu usiłował zgwałcić. Bydlak, który dzięki bogatemu, wpływowemu tatusiowi, pozostał bezkarny, pomimo tego co mi zrobił.
Jedyny człowiek, którego prawdziwie nienawidziłam i któremu nie raz życzyłam śmierci.
W sumie to nic zaskakującego, że spotkałam go w takim miejscu. To ja byłam tutaj obcym ptakiem, nie on. Nie odeszłam jednak, nie umknęłam gdzieś w kąt.
Całe życie prześladowały mnie tamte wydarzenia. Pytanie, czym zasłużyłam sobie na takie traktowanie i przeświadczenie o tym, jak niesprawiedliwym miejscem jest świat, w którym żyjemy. Niesprawiedliwym, bo to ja zostałam zmuszona do ucieczki niczym zaszczute zwierzę.
Tyle nocy spędziłam skulona w kącie pokoju. Przez tyle dni przemykałam się chyłkiem uliczkami nowego miasta. Tak wiele czasu minęło, zanim zrozumiałam, że to nie była moja wina, że byłam ofiarą.
Dziś nie miałam zamiaru stchórzyć i znów uciekać. Lekko zadarłam podbródek i odwróciłam się, stając oko w oko z Iwo. Koszmarem czasów liceum, z którego szponów wyrwałam się dopiero po wielu latach.
Ten koszmar wyglądał jak najbardziej mokre marzenie każdej kobiety, zwłaszcza w ciemnym garniturze, w beztroskiej pozie zdobywcy świata, z szerokim uśmiechem człowieka, który nigdy nie zaznał biedy i nie musiał wspinać się na szczyt. Jednak na mnie nie zrobił wrażenia. Patrzyłam na niego beznamiętnie, chłodno oceniając walory fizyczne. Może dlatego, że wiedziałam, co kryje się w środku?
Widać było, że mnie nie poznał. Stracił wątek i patrzył, jedynie się uśmiechając. To trwało zaledwie kilka sekund, bo nagle w jego oczach pojawiło się zaskoczenie.
– Ty… – zaczął, a potem zmrużył oczy, poważniejąc. – Niemożliwe?
– Co niby jest niemożliwe? – Skoro on się nie przywitał, ja również nie zamierzałam.
– Daria?
– My się znamy?
Dał krok do przodu i teraz dzieliło nas może z pół metra. Jedną rękę trzymał w kieszeni spodni, w drugiej miał kieliszek z szampanem. W zielonych oczach dostrzegłam niedowierzanie, ale szybko zniknęło, ustępując miejsca pogardzie.
– Co tu robisz?
Nie odpowiedziałam, unosząc znacząco brwi. Zlustrowałam go przy tym spojrzeniem, nie pomijając żadnego szczegółu i starając się, nie zmienić wyrazu twarzy. Już się go nie bałam, ale nie zamierzałam okazać żadnych uczuć. Ten dupek nie zasługiwał na żadne emocje z mojej strony. Ani na niechęć, ani na nienawiść, ani na wybaczenie.
– Tak, chyba pamiętam – powiedziałam ze spokojem, powoli, starannie dobierając słowa. Jakbym nie do końca była ich pewna. – Chociaż umknęło mi imię… – Wbiłam w niego pytający wzrok, dostrzegając, jak zmienia się wyraz jego twarzy.
– Umknęło ci imię? – powtórzył szyderczo. – Tobie?
– Co w tym dziwnego? Widocznie nie było dla mnie ważne. – Ze spokojem dałam kolejnego łyka szampana. – Igor? Ignacy? – Z premedytacją wymieniałam inne, pomijając to właściwe. Nie pojawił się strach, ale gniew i chęć zemsty. Nawet tak małej i nieistotnej, jak ta.
– Może powinienem odświeżyć ci pamięć na osobności? – Pochylił się nade mną. Górował wzrostem, ale to również mnie nie przeraziło. Raczej zirytowało.
Przez tak wiele lat wyobrażałam sobie nasze spotkanie. Zastanawiałam się nad tym, co powiem i co zrobię, jak się zachowam. Teraz już wiedziałam jak. Nie zawiodło mnie moje słynne opanowanie, zdystansowanie i chłodna ocena sytuacji. Zdradziło jedynie galopujące serce, ale tego nie mógł dostrzec.
– Na osobności? A co mi zrobisz? Znów spróbujesz zgwałcić? – zapytałam spokojnie. – Tym razem masz pewnie jeszcze lepsze znajomości, które pomogą ci to zatuszować.
– Mam. – Zielone oczy pociemniały. Widać było, że z każdą sekundą coraz słabiej nad sobą panuje. – I nie pochlebiaj sobie, nie tknąłbym cię nawet palcem.
– Tak, to nie był palec, chociaż wymiary miał podobne – zadrwiłam.
Jednym zdaniem starłam resztki samozadowolenia unoszące się niczym opary wokół jego postaci. Nie miałam pojęcia, że to może dostarczyć tyle przyjemności, takiej satysfakcji.
– Opinia żebraczki, która wdarła się na salony.
– Ciężko pracowałam na swoją pozycję – odparłam. – W przeciwieństwie do tych, którzy bez pomocy rodziców, niczego by nie osiągnęli.
– Pozycję? Ty i praca? Czym niby pracowałaś? Dupą? – szydził, nie oszczędzając na niecenzuralnych słowach. – A może twój ojciec wygrzebał ze śmietników wystarczającą ilość puszek?
– Nie masz prawa go obrażać, a mojej pracy nie zrozumie ktoś taki – spojrzałam na niego znacząco – jak ty.
Nie odpowiedział. Był wściekły, chociaż chyba nie tylko z powodu naszej słownej utarczki i słów, jakie wypowiedziałam. Obiecałam sobie w duchu, że jeśli mnie tknie, zacznę wzywać pomocy. Nie zamierzałam być ofiarą, nigdy więcej nie zamierzałam nią być.
– Ach! – Udając zaskoczenie, zasłoniłam dłonią usta. – Pamiętam. Iwo, prawda?
Gdybyśmy byli sami, to chyba by się na mnie rzucił. Jednak dookoła zgromadził się spory tłum ludzi, nie licząc mężczyzny, który właśnie do nas podszedł.
– Szukałem cię. – W przeciwieństwie do Iwo miał szeroki, budzący sympatię uśmiech i wesołe iskierki w niebieskich oczach. Był odrobinę niższy, smuklejszy, ale też cholernie przystojny. – I nawet się nie zdziwiłem, że znajdę cię w towarzystwie najpiękniejszej kobiety na tym przyjęciu. Przemek, miło mi poznać.
– Daria. – Nie widziałam powodu, aby zachowywać się ozięble. Podałam mu rękę, szeroko się uśmiechając. Zrobiłam to odruchowo, bo naprawdę wzbudzał zaufanie. Ukradkiem zerknęłam na znieruchomiałego Iwo i o mało co, nie wybuchnęłam śmiechem.
Jaką on miał minę!
2. Iwo
Zmieniła się, ale jednocześnie pozostała taka sama. Zmienił się wyraz jej oczu. Nie była już zaszczutym zwierzątkiem, podskakującym za każdym razem, gdy coś do niej mówiłem. Pozostała za to piękną kobietą, urodą eteryczną, ciężką do zdefiniowania, pełną zaskakujących szczegółów, które mógłbym odkrywać podczas całonocnej wędrówki dłońmi po jej ciele.
Byłem pewny, że po przyjęciu będę bardzo zajęty. Nawet przez chwilę zastanowiłem się, czy nie zadzwonić do Patryka po jakieś prochy, ale w sumie po co? Dokończę to, co nie udało mi się dziesięć lat temu i wykopię ją za drzwi.
Nie uwierzyłem w jej zaskoczenie. Poznała mnie, chociaż nie zmieniła wyrazu twarzy, nie przestraszyła się. Była wyniosła i chłodna, niedostępna. Lubiłem takie wyzwania, a z tą dziwką miałem rachunki do wyrównania.
– Ty… – zacząłem. – Niemożliwe!
– Co niby jest niemożliwe?
– Daria?
– My się znamy?
Byłem pewien, że kłamie. Doskonale wiedziała, kim jestem. Przede mną nie musiała udawać, miałem gdzieś takie gierki, chociaż zaskoczyło mnie jej opanowanie.
Dałem krok do przodu, zmniejszając dzielący nas dystans. Poczułem podniecenie, niczym myśliwy, który zbliżył się do zwierzyny i właśnie kładzie broń na ramieniu, aby upolować zdobycz.
Już w liceum była najładniejszą dziewczyną w szkole, chociaż nosiła skromne ubrania i starała się niczym nie wyróżniać. A ja musiałem zdobyć każdą ładną dziewczynę.
Wkurwiła mnie swoim chłodem i obojętnością. Nie reagowała na propozycje, odsuwała się, za każdym razem, gdy chciałem ją objąć. Była nieufna i dzika, niczym małe, nieoswojone zwierzątko. Moja początkowa pewność siebie zamieniła się we wściekłość, a potem postanowiłem wziąć sobie sam, to czego nie chciała mi dać. Pamiątkę po tym wydarzeniu nadal nosiłem na twarzy; mało widoczną bliznę biegnącą od kącika prawego oka do skroni.
Próbowała mi wtedy wydłubać to oko.
Pieprzona suka.
– Może powinienem odświeżyć ci pamięć na osobności? – Pochyliłem się nad nią, uśmiechając się szyderczo. Jednak to nic nie dało. Nadal patrzyła na mnie chłodno, obojętnie i równie obojętnie wypowiadała każde słowo. Jakby znudzona konwersacją ze mną.
To mnie rozwścieczyło.
Jakim prawem tak mnie lekceważyła? Mogłem jednym zdaniem zakończyć jej karierę, jaka by ona nie była, zniszczyć reputację, a nawet wplątać w przestępstwo i posłać do więzienia. Czy zdawała sobie z tego sprawę, czy też miała protekcję kogoś ważnego? Znalazła sobie kochanka? Jeśli tak, kim on był?
Uśmiechnąłem się szeroko. Pewnie jakiś podstarzały, tłusty palant.
– Na osobności? A co mi zrobisz? Znów spróbujesz zgwałcić? Tym razem masz pewnie jeszcze lepsze znajomości, które pomogą ci to zatuszować.
– Mam. – Coraz bardziej mnie wkurzała. Już ja nauczę ją szacunku! – I nie pochlebiaj sobie, nie tknąłbym cię nawet palcem.
– Tak, to nie był palec, chociaż wymiary miał podobne.
Z trudem nad sobą zapanowałem. Pojawiła się chęć, aby pokazać tej kurwie, jakie miałem wymiary. Przycisnąć ją do ściany, unieść materiał sukienki i przelecieć tak, żeby błagała o litość. Jasna cholera, muszę dokończyć to, co wtedy zacząłem!
– Opinia żebraczki, która wdarła się na salony – warknąłem.
– Ciężko pracowałam na swoją pozycję. W przeciwieństwie do tych, którzy bez pomocy rodziców, niczego by nie osiągnęli.
– Pozycję? Ty i praca? Czym niby pracowałaś? Dupą? – Nie zamierzałem odpuścić. Z takimi jak ona, trzeba było ostro, nawet wulgarnie. – A może twój ojciec wygrzebał ze śmietników wystarczającą ilość puszek?
– Nie masz prawa go obrażać, a mojej pracy nie zrozumie ktoś taki, jak ty.
Nagle dotarło do mnie, to nie ja mam przewagę w tej rozmowie. Ona była spokojna i niewzruszona niczym lodowa skała, ja gotowałem się w środku niczym wulkan przed erupcją. Każde słowo tylko podsycało ten ogień.
– Ach! – Spojrzała mi prosto w oczy. – Pamiętam. Iwo, prawda?
Nie to, co powiedziała, ale sposób, w jaki to powiedziała, sprawił, że prawie straciłem nad sobą panowanie. Miałem ochotę ją uderzyć, zacisnąć palce na smukłej szyi, aż do momentu gdy zacznie charczeć i błagać mnie wzrokiem o litość, ale otaczał nas spory tłum ludzi, przypadkowych świadków i to nie byle jakich. Wielu z nich nie należało do moich przyjaciół, a do wrogów. Na dodatek pojawił się mój kuzyn, Przemek.
– Szukałem cię – rzucił, a potem przestałem być ważny.
Przysłuchiwałem się ich rozmowie, przyglądałem twarzy tej dziwki i niechętnie musiałem przyznać, że miała piękny uśmiech. Też bym chciał…
Otrząsnąłem się ze zgrozą. Chciał? Czego niby?
Rozmawiali, jakbym nagle stał się niewidzialny. Ta gnida, mój kuzyn, zawsze ze mną rywalizował, ale zazwyczaj przegrywał i mógł zadowolić się tylko resztkami z pańskiego stołu. Przewagę udało mu się zdobyć tylko dwa razy i głównie dlatego, że byłem już zainteresowany inną zdobyczą niż ta, o którą rywalizowaliśmy. Pierwszy raz miał spore szanse, aby mnie pokonać.
Niedoczekanie, pomyślałem z zawziętością.
Obojętnie jakimi metodami, ale będę ją miał pierwszy. Zrobię to, czego nie udało mi się dokonać w przeszłości, przekupstwem, groźbą, szantażem czy podstępem. Metoda obojętna, bo liczył się wynik. A gdy już mi ulegnie, zerżnę bez litości, by na samym końcu wyrzucić jak niepotrzebnego śmiecia. Żeby dobrze zapamiętała tę nauczkę i znała swoje miejsce.
Dopiłem drinka i po angielsku ulotniłem się z przyjęcia. Musiałem zdobyć trochę informacji, ułożyć plan i zacząć działać tak, aby nie spłoszyć zwierzyny. Nie pamiętała mnie? Nie chciała? Już ja sprawię, aby czołgała się u moich stóp, żebrząc o odrobinę zainteresowania. Oczyma wyobraźni widziałem, jak wydaję jej rozkazy, a ona posłusznie klęka, rozpina moje spodnie i wykonuje polecenie. Jak posłusznie ssie mojego kutasa, dławiąc się nim i krztusząc, ale nie przestaje, nie wycofuje się. Jest jak dobrze wytresowana suka.
– Marzenie mam – wymruczałem z zadowoleniem, wsiadając do limuzyny. Kazałem się zawieść prosto do domu, chociaż wcześniej miałem w planach imprezę do białego rana. Jednak podniecenie przyszłym polowaniem sprawiło, że wolałem zacisze własnego gabinetu, drinka i czystą kartkę papieru, na której zamaszyście napisałem:
Cel – będziesz moja!
ZOBACZ RÓWNIEŻ

